Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże po Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże po Polsce. Pokaż wszystkie posty

08 października 2021

Kraina Wygasłych Wulkanów

 

Tym razem poniosło mnie do Krainy Wygasłych Wulkanów. Słyszeliście o czymś takim? Nie? A jednak jest w naszym kraju taki region, a w nim pozostałości dawnych wulkanów. Wprawdzie dziś dawne stożki wulkaniczne to bardziej wzgórza niż góry, ale powstały przecież w permie, bagatela  ponad 250 mln lat temu! Czas, wiatr i mróz zrobiły swoje. Gdzie leży ta oryginalna kraina? Aby ją poznać należy udać się do województwa dolnośląskiego, a dokładnie na Pogórze Kaczawskie.

Pierwszą z naszych wulkanicznych „zdobyczy” była Ostrzyca (501 m n.p.m.). Jest ona nie tylko najwyższym wzniesieniem Pogórza Kaczawskiego, ale ma także niezwykle wyrazistą stożkową sylwetkę. 

Ostrzyca

Wzniesienie to stanowi relikt dawnych obszarów wulkanicznych i jest pozostałością komina wygasłego wulkanu. Zdecydowanie na wyrost wzgórze to zwane jest „Śląską Fujijamą”, co z dumą pokazuje tablica informacyjna.


Nośny tytuł nawiązuje do wulkanicznej genezy Ostrzycy, ale wysokość nie ta, inny też rodzaj góry i geneza powstania. Ale, wiadomo, marketing….Na szczycie to, co tygrysy lubią najbardziej: zdjęcia na skałkach, w różnych pozycjach i konfiguracjach oraz ładna perspektywa na okolicę.




Ostrzyca to nie jedyna pozostałość po polskich wulkanach. Zapraszam na górę Wielisławkę(375 m n.p.m.). Znajduje się tu ciekawa forma skalna, tak zwane „Organy Wielisławskie”.


Stygnąca w kominie wulkanicznym lawa przybrała unikatową formą pionową, tworząc rodzaj słupów, które mogą się kojarzyć z organowymi piszczałkami.  „Organy” są bardzo malownicze i dają duże możliwości kreowania ciekawych fotograficznych sytuacji, co widać na zdjęciach poniżej.

A gdy ktoś lubi historię i ma dość geologii? Proszę bardzo. Zapraszamy do Zamku Grodziec na wulkanicznych wzniesieniu …Grodziec(  389 m n.p.m.). 

Zamek zbudowali książęta piastowscy w XII wieku i służył celom obronnym. Jak wiadomo, najlepszym miejscem do obrony jest wzgórze, którego zdobycie jest utrudnione przez naturalne przeszkody. Poza tym stożkowata forma wzniesienia na płaskim terenie była dobrym punktem obserwacyjnym.


Na Dolnym Śląsku mnóstwo jest różnorodnych obronnych  budowli, bo region był przez wieki mocno targany konfliktami. Tę sytuację dobrze ilustruje historia zamku Grodziec, który przechodził wielokrotnie z rąk do rąk. Polacy, Czesi, Szwedzi, Austriacy, Niemcy... Te wszystkie nacje odegrały ważną rolę w historii budowli. Zamek był wielokrotnie niszczony, np. w czasie wojen husyckich i rozbudowywany w różnych stylach np. renesansowym w XVI wieku.




Najbardziej do zniszczenia  Zamku Grodziec przyczynili się   Szwedzi, którzy w XVII w., w czasie wojny 30-letniej, kompletnie go zrujnowali. Dodatkowo wybuchł wtedy pożar, który zniszczył dużą część zabudowań.  Zamek zaczęto odbudowywać już w XVII wieku, ale do świetności doprowadzono go dopiero, gdy stał się własnością arystokratycznych rodów austriackich. W XIX wieku część pomieszczeń udostępniono  do zwiedzania! Na początku XX wieku niemieccy właściciele przeprowadzili już bardzo planową odbudową zatrudniając renomowanego architekta.


W czasach II wojny światowej mieszkał tu  prominentny polityk  III Rzeszy, przyjaciel Hitlera i ostatni właściciel zamku  Herbert von Dirksen. Przechowywano tam także  dokumenty berlińskiej Biblioteki Państwowej. Niestety, gdy Rosjanie zajęli zamek w 1945 roku podpalili te zbiory, niszcząc największą salę zamku, Salę Rycerską. 

 

Zamek Grodziec został wpisany się na listę zabytków Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Znajduje się w nim np. najlepiej zachowana gotycka sala na Dolnym Śląsku.



Zamek ma wiele różnorodnych pomieszczeń, wież i krużganków. Z przyjemnością przechadzałam się po zamkowych pokojach i wspinałam kręconymi, stromymi schodami na szczyty wież. 





Zamek  jest bardzo malowniczy. Daje to animatorom kultury i filmowcom duże pole do popisu. Pracowały w nim ekipy filmowe ze Szwecji, Francji czy Rosji. Kręcono tu także niektóre sceny do polskiego serialu „Korona królów”.



Organizowane są tu także turnieje rycerskie, biesiady regionalne czy święta lokalnych wytwórców miodu i wina ( z czego nie omieszkałam skorzystać).

I na koniec, choć  już nie szlakiem polskich wulkanów, zapraszam Was do "Kolorowych Jeziorek" w Rudawach Janowickich, jednym z pasm sudeckich. "Kolorowe Jeziorka" to cztery stawy u podnóża Wielkiej Kopy (871 m n.p.m.) w Rudawskim Parku Krajobrazowym, w województwie dolnośląskim. 

"Kolorowe jeziorka" powstały w miejscu wyrobisk dawnych niemieckich kopalń z XVIII wieku. Wydobywano w nich piryt, przerabiany następnie na kwas siarkowy. Do dziś różnorodne związki chemiczne zawarte w skałach nadają wodzie bajeczne kolory. I to dzięki temu zjawisku możemy podziwiać Jeziorko Żółte, Purpurowe, Błękitne i Czarne. 





Związki żelaza, siarki czy miedzi zawarte w wodzie w promieniach słońca tworzą często niezapomniane widowisko. My trafiliśmy na wyjątkowo niski stan wody i mimo słońca zjawisko nie było w pełni spektakularne. Ale i tak było uroczo. Miałam wrażenie, podobnie jak w Plitwickich Jeziorach w Chorwacji, że woda, jak farba, zabarwi mi skórę jeśli zanurzę rękę w jeziorku.

Jak to na każdej wycieczce zdarzają się różne dziwaczne lub niesamowite sytuacje. To jedna z nich.

Bez komentarza.


Na zakończenie moja refleksja: czy mamy własną Fujijamę i Plitwickie Jeziora? Nie do końca, ale miejsce te i tak są warte zobaczenia. Mało znane, pobudzające wyobraźnie i zostawiające w pamięci wyraźny ślad…Te i inne cudowności(np. takie https://mojepoznawanieswiata.blogspot.com/search?q=tatarzy) mogłam zobaczyć dzięki organizatorom z PTSM Piotrków Trybunalski. Dziękuję szczególnie Annie P., która mnie do tych eskapad kiedyś namówiła.




25 września 2020

W poszukiwaniu dobrego wina. Degustacja w Winnicach Dworu Wilkowice

 


Wino, jego smaki, aromaty, a także produkcja interesuje mnie od kilku lat. Nazwy szczepów winorośli czy regionów winiarskich brzmiały kiedyś dla mnie obco i nic mi nie mówiły. Dziś to już nie jest to dla mnie wiedza tajemna, ale znany i zrozumiały świat. Mimo to cały czas kształcę się w tym względzie. Jak zdobywam wiedzę? Zaczęło się od „Winicjatywy”  i innych blogów winiarskich.  Dzięki znajomości z pasjonatem win z Rawy Mazowieckiej, Krzysztofem Jędrzejakiem, właścicielem firmy "TimKex, wine and events", miałam możliwość uczestniczyć w wielu degustacjach, często nietypowych i bardzo dobrych win. Zawsze pasjonowała mnie także enoturystyka, czyli odwiedzanie rejonów związanych z winem lub udział w imprezach o tematyce winiarskiej.  Udało mi się przez ostatnie lata  zobaczyć kilka miejsc związanych z produkcją wina i w tym artykule spróbuję opisać jedno z nich.

W centralnej Polsce, w pobliżu Rawy Mazowieckiej, znajdują się Winnice Dworu Wilkowice, których zwiedzanie i związana z nim degustacja były dla mnie wielkim zaskoczeniem. Organizator tego przedsięwzięcia, znany mi z rawskich spotkań Krzysztof Jędrzejak, do końca nie zdradził dokąd nas zabiera. Wiedzieliśmy tylko, że to centralna część naszego kraju. Jest kilka regionów winiarskich w  Polsce, chociażby lubuskie, okolice Sandomierza, Małopolska i Podkarpacie … Ale wina z centralnej Polski? Niemożliwe! A jednak.

Dwór Wilkowice-front neoklasycystycznego budynku

Degustacja win w Winnicach Dworu Wilkowice zorganizowana była profesjonalnie. Wszystkie szczegóły naszego spotkania były dokładnie przemyślane. Degustowaliśmy dziesięć win produkowanych w  tej winnicy i było to jedno z najbardziej udanych winiarskich spotkań w jakich uczestniczyłam. I nie myślę tylko o spacerach z kieliszkiem w dłoni po pięknym ogrodzie i dyskusjach na ławeczkach, ale o WINACH. Polskich winach. Winnica położona jest koło dworu Wilkowice i stanowi jego integralną część. Jak informuje elegancki prospekt, który otrzymaliśmy, "Dwór Wilkowice" jest wpisany do rejestru zabytków pod numerem 594/83. Powierzchnia zabudowy dworu obejmuje ok. 2000 m2. Jest on usytuowany w odległości ok. 70 km od Warszawy oraz ok. 60 km od Łodzi. Dwór w Wilkowicach został zbudowany ok. 1850 roku na życzenie Leonarda Wilskiego. Ostatnim właścicielem był Tytus Wilski, który  opuścił dwór w 1946 roku. Czasy PRL nie sprzyjały rozwojowi tego miejsca i popadało ono w coraz większą ruinę. Obecnie przywracana jest świetność całej posiadłości. Produkcja win z miejscowych szczepów jest jednym z ważniejszych punktów tego rozwoju. Piękny dwór i winnica, ale to nie wszystko. Całości obrazu tego miejsca dopełniają urokliwe stawy (jeden z własną plażą), ogromna przestrzeń łąki godna pola golfowego, romantyczne ławeczki…  

Przed degustacją pokazano nam winnicę. Szpalery krzewów winorośli rosnące w równych, bardzo zadbanych rządkach. 

Kolekcja 42. szczepów winorośli

Winnica-widok ogólny

Winnica istnieje od 2009 roku, pierwsza produkcja ruszyła w 2012. Winnica  powiązana jest z  tzw. kolekcją, w której winorośle hodowane są na potrzeby degustacji owoców. Można próbować gron porównując ich smaki i aromaty. A było co próbować, ponieważ w winnicy uprawiane są aż 42 szczepy winorośli.

Praca w winnicy trwa cały rok. Przycinanie, kształtowanie, obcinanie liści, aby słońce mogło dotrzeć do gron, sprawdzanie dojrzałości owoców oraz ich kwasowości, ręczny zbiór i cały proces produkcji… Praca winiarza nie ma końca.

Zadbana winnica to efekt ciężkiej pracy

Pokazywano nam odmiany winorośli, z których sporządzono zestaw degustacyjny.  Informowano, które grona są już dojrzałe, a którym brakuje jeszcze trochę słońca. Rozmawialiśmy także o problemach z uprawą winorośli w polskich warunkach. Wiedziałam wcześniej, że w naszym kraju nie udaje się hodowla szczepów vitis vinifera (winorośl właściwa), ze względu na klimat. Po prostu przemarzają. Tworzone są tzw. hybrydy, mieszanki szczepów wytrzymujące nasze zimowe temperatury i wiosenne przymrozki. Choć w tej ostatniej kwestii zdarzają się też porażki. 


Wspaniałe kiście Regenta

Wszystko opisane i uporządkowane

Wina w Winnicach Dworu Wilkowice produkuje się tylko i wyłącznie ze szczepów tutaj uprawianych. Do produkcji win białych preferuje się szczepy: Bianca, Aurora, Seyval Blanc oraz Saint Pepin. Wina czerwone przeważnie robione są ze szczepów Rondo, Regent, Leon Millot. Większość tych szczepów to mieszańce międzygatunkowe. Nie oznacza to wcale, że hybryda ma mniejsze walory smakowe, czy mniejszą wartość użytkową. Czasami wręcz przeciwnie. Cechą charakterystyczną tego rodzaju szczepów jest po prostu to, że stworzono je do danych warunków klimatycznych.


Wygrzewające się w słońcu winne grona


Degustacja odbywała się w klimatycznej sali z widokiem na staw i plażę. Na suficie i w oknach pięknie prezentował się udrapowany biały materiał. Przywitały nas udekorowane stoły oraz lista dziesięciu win, które będziemy degustować. Otrzymaliśmy także informację o szczepach, z których te wina wyprodukowano. Okazało się, że większość to wina jednoszczepowe, ale zdarzały się  też  kupaże, np. Aurory i Bianci po 50 % lub Ronda i Regenta w tych samych proporcjach. Degustowaliśmy pięć wytrawnych win białych, cztery wytrawne wina czerwone i jedno białe półsłodkie. Wina białe w polskich warunkach udają się najczęściej lepiej niż czerwone, taka jest ogólna opinia. Jak jest w tej winnicy - sprawdzimy to w praktyce. Przygotowano dla nas wina z trzech roczników 2016, 2017 i 2018.

Butelki win przygotowanych na naszą degustację


Urokliwa sala degustacyjna


Widok z sali degustacyjnej

Plaża przy stawie
Dwór Wilkowice od strony parku

W połowie degustacji, po skosztowaniu ostatniego z pięciu win białych, wyszliśmy na spacer po pięknym parku zlokalizowanym przy Dworze Wilkowice. Poza samym neoklasycystycznym budynkiem uwagę naszą przykuła interesująca rzeźba zawieszona na linie miedzy budynkiem a drzewami. Autorem jest rzeźbiarz Jerzy Kędziora. Przedstawia ona kobietę uprawiającą gimnastykę artystyczną i robi niecodzienne wrażenie. Jerzy Kędziora jest autorem wielu oryginalnych rzeźb balansujących. Jedna z nich "Przechodzący przez rzekę" stała się symbolem Bydgoszczy. W Dworze Wilkowice odbyła się kiedyś wystawa prac tego artysty.

Romantyczna ławeczka w parku

Olbrzymia przestrzeń parku kryje jeszcze wiele możliwości

Rzeźba autorstwa Jerzego Kędziory 


Last, but not least. Moja ocena degustowanych win. Zaskakująco smaczne, co potwierdzali wszyscy uczestnicy degustacji, szczególnie ci, którzy nigdy wcześniej nie pili polskich win. Białe były aromatyczne, co jest dla mnie szczególnie ważne. Oczywiście, miały  różną kwasowość, która wynika  z poziomu cukru w gronach. Można było jednak znaleźć dla nich wszystkich wspólny mianownik, co nie dziwi, ponieważ rosną w takiej samej glebie i w takich samych warunkach klimatycznych. Podstawą terroir jest tutaj podłoże jakie pozostawił lądolód. Morenowe pagórki będące częścią Wzniesień Południowomazowieckich i Wysoczyzny Rawskiej zbudowane są z gliny lub piasków lodowcowo-rzecznych. Jest to dobre środowisko dla win czerwonych, co jest wyjątkowym zjawiskiem w polskich warunkach.

W winach białych przeważały aromaty dojrzałej renklody i gruszki, także trochę ziołowości i wyraźna kwiatowość. Saint Pepin miał dla mnie najwięcej aromatów, przypominał mi trochę Sauvignon Blanc swoją zapachową „zielonością", a może nawet  Gewurztraminera z jego słodką korzennością.

Mnie osobiście najbardziej zaskoczyły wina czerwone. Wiemy, że terroir tego obszaru dał możliwość stworzenia wyjątkowych win czerwonych i ten bonus perfekcyjnie wykorzystano. Moim faworytem jest kupaż Ronda i Regenta z 2018 roku. Opis tego wina za strony Winnic Dworu Wilkowice w pełni oddaje moje wrażenia: "Nos pełen czereśni, wiśni i jeżyn dopełnionych ciepłą śliwką i likierową, pestkową nutą". A co wyniknie, jeśli  temu kupażowi pozwolimy dojrzewać cztery miesiące w dębowej beczce? Panuje powszechna opinia, że polskie wina do beczki się nie nadają. Jaki finał tego niecodziennego, jak na polskie warunki, eksperymentu? Niektórzy byli zachwyceni niecodziennym smakiem, niektórzy wręcz przeciwnie. De gustibus non es disputandum.

Dokąd zmierzają Winnice Dworu Wilkowice? To pytanie zadają sobie także osoby odpowiedzialne za rozwój tego miejsca. Znamienne „Quo vadis?” pojawia się we wspomnianym wcześniej prospekcie. Plany są bardzo ambitne. Promowanie tradycji polskiego dworu jako miejsca rozwoju kultury i utrzymywanie ciągłości historycznej Dworu Wilkowice. Dwór szczyci się patriotycznymi korzeniami, choćby z czasów II wojny światowej.  Odwołam się do wspomnianego wcześniej prospektu: "Dwór Wilkowice był schronieniem dla wielu postaci polskiej kultury, sztuki, nauki i biznesu (...) Pod przybranym nazwiskiem ukrywała się tu również żona, córka, syn i wnuczka generała Andersa. To tutaj narodziła się legenda o Jego powrocie na białym koniu i wyzwoleniu Polski spod okupacji." Ukrywało się tu około czterdziestu rezydentów. Po "czwartkowych śniadaniach" udawali się do stolicy, aby uczestniczyć w ważnych państwowych naradach. Opowieści o mieszkańcach tego miejsca w czasie II wojny światowej są dla mnie jako historyka pasjonujące. Sama postać  Ireny Anders pobudza wyobraźnię. Jednak opisanie życia i działalności dawnych mieszkańców Dworu Wilkowice nie jest tematem tego artykułu. Może kiedyś...

 A wina? Dawne dwory słynęły z własnej produkcji różnych trunków. Dlaczego teraz nie może być podobnie? Daje to możliwość dalszego rozwoju i promowania tego miejsca.

Jako historyk i miłośnik wina mogę tylko zachwycać się takim przedsięwzięciem i obserwować jego dalszy rozkwit.

 

 

Maria Śledzińska

 


07 września 2020

Polska egzotyczna

 „Polska wielu kultur” okiem historyka(refleksje po konferencji wyjazdowej).

Ucząc historii wielokrotnie przekonałam się, że największe efekty dydaktyczne osiąga nauczyciel, który na własne oczy widział to, o czym opowiada. Oczywiście, nie zawsze jest to wykonalne, ale…Opowiadanie uczniom o pyle z piramid, który osiada na ubraniu, o patrzącej prosto w oczy Mona Lisie, o pięknie Piety, gdy się  wszystko to czuło i widziało, powoduje, że moi uczniowie o wiele łatwiej zapamiętują fakty historyczne, często ubarwiane zdjęciami.

Natomiast, jako nauczycielowi wiedzy o społeczeństwie wielokrotnie brakowało  mi osobistych odniesień, np. w czasie lekcji o mniejszościach narodowych i euroregionach. Oczywiście można podać uczniom suche fakty ( daty, miejsca, liczby), ale taka wiedza szybko ulega zapomnieniu i nie budzi emocji, dzięki którym proces dydaktyczny jest, moim zdaniem, pełniejszy.

Kiedy więc zauważyłam informację o szkoleniu wyjazdowym „Polska wielu kultur” nie wahałam się ani chwili.  W temacie konferencji zabrzmiały miłe dla mojego ucha skojarzenia z Rzeczpospolitą Obojga Narodów, gdzie wielokulturowość była oczywistością. Czasy, w których Jan Zamoyski zakładając Zamość zaplanował tam i kościół, i synagogę, i cerkiew. Na zajęciach zawsze podkreślam znaczenie, pochodzącego z tych właśnie czasów, pierwszego w naszej historii dokumentu o tolerancji „Aktu konfederacji warszawskiej”. W centralnej Polsce pozbawieni jesteśmy pierwiastka mieszania się kultur, a więc tym ciekawszy wydał mi się program konferencji. Tatarzy w Polsce, cerkwie , meczety… Brzmiało to dla mnie tajemniczo i egzotycznie.

Pierwszy dzień był typowo przyrodniczy-zajęcia warsztatowe na terenie Białowieskiego Parku Narodowego. Ale nic co ludzkie nie jest mi obce, więc z ciekawością przyglądałam się z jaką pasją obecni na konferencji biolodzy i geografowie mierzyli kwasowość gleby, wilgotność i  temperaturę. Jak za pomocą lornetek i specjalistycznych przyrządów badali otaczającą nas przyrodę. Piękna puszcza, dzika i naturalna. Zgodnie z mottem zamieszczonym przy wejściu do puszczy „nie zabraliśmy nic poza zdjęciami i nie zostawiliśmy nic poza śladami stóp”.

Cerkiew w Białowieży

Wieczorem przyjechaliśmy do Kruszynian – jedynej, poza Bohonikami, polskiej wsi tatarskiej w granicach Polski po II wojnie światowej. Wieś została założona prawdopodobnie w wieku XVI.
W XVII wieku król Jan III Sobieski nadał ją Tatarom w zamian za zaległy żołd. Osadzeni muzułmanie, zwani Lipkami, walczyli po stronie Polski w wojnie z Turkami. Osiadł tu na stałe m.in. płk Samuel Murza Krzeczowski, który uratował życie Janowi III Sobieskiemu w bitwie pod Parkanami.

Kruszyniany -tablica informacyjna 

 Jadąc do Kruszynian zastanawiałam się nad moimi skojarzeniami z Tatarami: Czyngis-chan, Batu-chan, Legnica, śmierć Henryka Pobożnego, Złota Orda, Lipkowie, jurty, kumys, jarłyk, Kulikowe Pole i …Azja Tuhajbejowicz. Pojęcia te mogę mnożyć, ale to wciąż historia. A jak wygląda to teraz?
Kruszyniany. 
Już sama nazwa budzi skojarzenia z dawnymi polskimi kresami, brzmi śpiewnie i egzotycznie. Obecnie istnieje tam prężnie rozwijający się ośrodek kultury Tatarów polskich. Nigdy nie przypuszczałam, że będę biesiadowała w „Tatarskiej Jurcie”. Tak bowiem nazywa się gospodarstwo agroturystyczne, którego gośćmi byliśmy dwa dni. Stworzyła go Tatarka z dziada pradziada, żona Tatara, matka dorodnych tatarskich córek Dżenneta Bogdanowicz. Pochodzi, jak podkreślała, z Tatarów krymskich, czyli o bardziej europejskich rysach i jasnej karnacji. Jej wygląd i kultura zdecydowanie łamie stereotyp sienkiewiczowskiego Tatara. Wiedziałam, że mamy poznawać tatarską kulturę i zwyczaje, ale nie myślałam, że aż tak dogłębnie poznam tajniki tatarskiej kuchni.
Tatarska Jurta. Kierunek na pieriekaczewnik  
Tatarska jurta- wnętrze

Pani Dżenneta przywitała nas serdecznie, choć byliśmy nieco spóźnieni. Czekały na nas fartuchy, miski, mąka i wszystkie inne składniki niezbędne do przygotowania specjału kuchni tatarskiej–pierekaczewnika. Najlepszej jakości składniki i dużo ciężkiej fizycznej pracy daje przepyszny efekt. Jak mawia Pani Dżenneta z „czegoś taniego nie zrobisz czegoś dobrego”. Ważna jest jakość, nie ilość. Potrawa ta, to rodzaj rolady z ciasta pieczonego z mięsnym farszem. Mięso powinno być z gęsi, ale nam zaserwowano indycze. Pierekaczewnik uzyskał unijny certyfikat
  i nie może być produkowany ani sprzedawany w innym miejscu. Jest to tradycyjna, świąteczna potrawa. Jak podkreślała gospodyni, potrawa  bajramowa. Własnoręcznie robiony pierekaczewnik to dopiero regionalizm. Pyszny!  
  Dżenneta Bogdanowicz
                                                
"Nasz" pieriekaczewnik

Następnego dnia zwiedzamy tajemniczy mizar, cmentarz muzułmański z kamiennymi tablicami i nagrobkami, na których napisy są zarówno po polsku, jak  i po arabsku. Oprowadza nas Dżemil Gembicki, uroczy, dowcipny młody człowiek. Oczywiście Tatar z pochodzenia, o trochę egzotycznej urodzie. Opowiada z wielką elokwencją i znawstwem o tatarskich zwyczajach pogrzebowych. Zmarli są pochowani w ziemnych lub murowanych grobach bez trumny, oczywiście głową w stronę Mekki. Napisy na tablicach są także na ich tylnej stronie.  Uświadamiam sobie, że ucząc o tym wiele lat, po raz pierwszy widzę taką nekropolię osobiście. Choć i tu wkradają się klimaty współżycia z innymi religiami. Na grobach widzimy zapalone świece i położone  kwiaty – to chrześcijańscy sąsiedzi oddają szacunek zmarłym. Nikomu nie przeszkadza takie przenikanie się kultur, a wręcz przeciwnie – nasz przewodnik podkreślał ten fakt z zadowoleniem.
Mizar w Kruszynianach


Cmentarz w Kruszynianach-widać koegzystencję islamu i chrześcijaństwa

 Przechodzimy następnie do pobliskiego meczetu. Jest to drewniana budowla  z końca XVIII wieku (jeden z dwóch najstarszych w Polsce meczetów).Zdejmuję buty przed wejściem do świątyni, siedzę na podłodze i widzę na własne oczy mihrab, czyli znajdującą się w ścianie meczetu niszę skierowana w stronę Mekki. Dżemil zaczyna opowiadać w charakterystyczny, trochę pośpieszny sposób. Wszyscy zafascynowani wpatrują się w postać tego opiekuna meczetu w Kruszynianach. Jego żoną jest chrześcijanka –„serce nie sługa” jak stwierdza. Mają dwoje dzieci. Na nasze oczywiste, dotyczące wyznania potomstwa pytanie, wyartykułowane w sposób „A co z dziećmi?”, odpowiada dowcipnie „piękne i mądre”. Po chwili poważnieje i wyjaśnia, że córka jest chrześcijanką, a syn muzułmaninem. Przykład tolerancji, współistnienia z życia wzięty. Bezcenne.

Meczet w Kruszynianach

Mihrab w meczecie w Kruszynianach

Wnętrze meczetu w Kruszynianach

  Wyjeżdżamy. Muszę się oderwać od orientalnych, islamskich klimatów i wejść w trochę nam bliższą   atmosferę rzędów palących się świec, kadzideł, świątyń z charakterystycznymi kopułami, pisanych         ikon… Prawosławie. Jako historyk wiem o wielkiej schizmie wschodniej w 1054, różnicach 
w obrzędach i zdobnictwie między cerkwią i kościołem, popach, ikonach… Jedziemy do Supraśla. Zwiedzamy prawosławny, męski monastyr z XVIII wieku. Witają nas niesamowite dźwięki przepięknego liturgicznego śpiewu. Głos ludzki w czystej postaci, niezakłócony żadnym instrumentem. Czekając na wejście do klasztoru stoimy zasłuchani.

Monastyr w Supraślu -widok ogólny

Monastyr w Supraślu-fragment

Oprowadza nas bardzo młody i bardzo przystojny zakonnik. Opowiada o historii monastyru. Wokół ikony, tajemnicze zapachy, przepiękne zdobienia. Szkoda, ze nie możemy zobaczyć muzeum ikon, najchętniej odwiedzanego muzeum na Podlasiu. Przewodnik podkreśla, że ikon się nie maluje, ale pisze.

Monastyr w Supraślu-fragment

Z Supraśla kierujemy się w stronę stolicy województwa podlaskiego Białegostoku. Dane nam było oglądać przepiękny kompleks parkowo-pałacowy Branickich. Nie tych znanych z podręczników historii zdrajców Branickich herbu Korczak, ale innej linii tego rodu Branickich herbu Gryf. Podziwiam barokową elewację czując, że coś podobnego już kiedyś widziałam. Może przypomina mi Schönbrunn, letnią rezydencję Habsburgów? Ogród w stylu francuskim, pieczołowicie odtworzony ze środków unijnych.
Pałac Branickich w Białymstoku-fragment parku

Pałac Branickich w Białymstoku-fragment parku

Pałac Branickich w Białymstoku-fragment parku

    Co za dzień! Od mizaru do ogrodu w stylu francuskim. Takie jest Podlasie. A na deser, choć w zasadzie na kolację w „Tatarskiej jurcie” jemy łapszę i belysz. Smaki Podlasia.

    Ostatni dzień to znowu wielka różnorodność. Kolejne niespodzianki i zaskoczenia były już oczywistością. Ale takiego nierzeczywistego błękitu wśród gęstwiny lasu chyba nikt nie przewidział. Bajkowa Cerkiew Ikony Matki Bożej „Wszystkich strapionych radość” w Koterce na granicy polsko-białoruskiej, nieduża, urokliwa. Byliśmy szczęśliwcami, którzy trafili akurat na niedzielne nabożeństwo i mogliśmy zajrzeć do środka. Pop w stroju liturgicznym, błękitne zdobienia, złoty ikonostas. Pięknie. Moją uwagę jako historyka przykuło jednak coś innego – po raz pierwszy usłyszałam na żywo zdania wypowiadane w języku staro-cerkiewnosłowiańskim. W tym bowiem języku duchowny właśnie odprawiał nabożeństwo. Przecież to do tego języka Cyryl i Metody opracowali głagolicę!

Granica polsko-białoruska w Koterce

Cudowna cerkiew w Koterce

Wnętrze cerkwi w Koterce 

Wnętrze cerkwi w Koterce

Wnętrze cerkwi w Koterce

 Następny punkt programu, wyczekiwany przez niektórych najbardziej, to Grabarka-serce prawosławia w Polsce. Kiedy tylko weszłam na schody prowadzące na wzgórze ze świątynią poczułam magię tego miejsca. Chodziłam miedzy tysiącami krzyży, przyglądałam się napisom , wstążkom i wydrapanym literom. Podobnie czułam się na cmentarzu na Rossie, choć to inna nekropolia i inna historia.

Grabarka-krzyże prawosławne 

Grabarka-krzyże prawosławne 

Grabarka-krzyże prawosławne 

     Przyszło mi wtedy do głowy określenie, na to co czułam i co chyba dobrze oddaje charakter  naszej podlaskiej wędrówki – ekumenizm, ale dodatkowo poszerzony o elementy szeroko pojętego humanizmu. Ekumeniczne nekropolie, wielojęzyczne napisy, krzyże chrześcijańskie, krzyże prawosławne, gwiazdy i półksiężyce. To będę pamiętać. I ludzi z pasją. Na pożegnanie Drohiczyn z Górą Zamkową i przepięknym widokiem na zakole Bugu.
Zakole Bugu w Drohiczynie


Zakole Bugu w Drohiczynie
 
    Na końcu każdego postu będę umieszczać zdjęcia z kategorii dziwne lub ulubione. Często są to eksperymenty fotograficzne .Ocenę zostawiam czytelnikom

Jedno z moich ulubionych zdjęć z tej wyprawy robione przez Anię P.

Kruszyniany wyprawa o świcie

Tablica ze Świętej Góry Grabarki 

Nietypowe ujęcie


Jeszcze szron na roślinach, a my już fotograficznych łowach

Dla wtajemniczonych