Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piraci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piraci. Pokaż wszystkie posty

02 lutego 2021

Campeche - kolorowe miasto konkwistadorów i piratów


Campeche zostało odkryte dla Europejczyków w 1517 r. przez ekspedycję hiszpańskiego konkwistadora Francisco Hernándeza de Córdoby. Zamierzał on podbić cały Jukatan, ale opór plemion indiańskich był tak silny, że uniemożliwił mu realizację celu. Dopiero w 1540 roku inny zdobywca, Francisco de Montejo “El Mozo”, zdobył Jukatan dla Hiszpanii. Zbudował na gruzach dawnych budowli Majów osadę San Francisco de Campeche. Pierwotna majańska nazwa tej miejscowości to Ah Kin Pech – „Miejsce węży i kleszczy”. Możemy się domyślać, że pierwotnie na tym terenie roiło się od różnorodnych, nie zawsze przyjaznych, zwierząt strefy międzyzwrotnikowej. Zachowano część tradycyjnej nazwy, dodając przed nią, a jakże inaczej, świętego Franciszka. Przypomnijmy, że konkwista prowadzona była, podobnie jak krucjaty w średniowieczu czy podbój Prusów przez Krzyżaków, pod hasłami chrystianizacji i w imieniu Boga.

Campeche, bo tak w skrócie nazywa się to ponad dwustutysięczne miasto, stało się jednym z najważniejszych portów Wicekrólestwa Nowej Hiszpanii. Obszar ten obejmował hiszpańskie kolonie w Meksyku i krajach Ameryki Środkowej. Campeche było także bazą wypadową do podboju przez „El Mozo” reszty Jukatanu i zakładania miast, między innymi Méridy, o której dziejach także sobie kiedyś poopowiadamy.

Campeche i Merida to dwa miasta kolonialne, czyli pochodzące z czasów hiszpańskiego panowania. Kolonialna przeszłość Meksyku zostawiła po sobie obowiązujący tu język hiszpański i architekturę, stanowiącą mieszankę panującego w Europie w XVII wieku stylu barokowego i wpływów karaibskich. Styl ten nazywamy barokiem kolonialnym. Charakteryzuje się on bogatą kolorystyką, dużą ilością zdobień i monumentalizmem. Campeche stanowi jego doskonały przykład.

Barokowa katedra w Campeche
Barok kolonialny w pełnej okazałości

Dodatkowo, Campeche jest jedynym w całym Meksyku miastem-twierdzą. Generalnie, miasta kolonialne nie były otaczane murami. Skąd więc w Campeche mury obronne, bramy i warownie? Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do początków historii tego portu. Po założeniu miasta w 1540 roku szybko rozwijał się tu handel. Stąd właśnie wypływały obładowane różnymi towarami statki przewożące bogactwa Nowego Świata do metropolii, czyli Hiszpanii. Dobrobyt mieszkańców Campeche przyciągnął różnej maści piratów, często zbiegów z własnych krajów: Francuzów, Anglików, Holendrów. Osiedlali się oni na wyspach Morza Karaibskiego i tworzyli grupy tzw. bukanierów. Niezależnie od narodowości, piraci miejscowi czy bukanierzy dawali się we znaki całemu obszarowi Karaibów.


Bandera piratów - Jolly Roger

Jakby tego było mało, oprócz piractwa o charakterze typowo bandyckim, nastawionego na zyski prywatne piratów, rozwinęła się również oficjalna, zinstytucjonalizowana forma piractwa, chroniona przez władców państw. Część morskich rozbójników była wspierana przez Anglię i Holandię, z zazdrością patrzące na kolonialne bogactwa Hiszpanii. W takim przypadku mówimy już nie o piractwie, ale o korsarstwie. Jesteście oburzeni? Władcy wspierający piratów? W historii to nic wyjątkowego. Na naszym polskim podwórku taką działalność prowadzili niektórzy Jagiellonowie, a szczególnie Zygmunt August wspierający tzw. kaprów. Mieli oni, zgodnie z umową, tzw. listem kaperskim, napadać na statki „żeglugi narewskiej” zaopatrujące Iwana IV Groźnego i monopolizujące handel w basenie Morza Bałtyckiego. Wszystko w ramach racji stanu i nadrzędnego celu politycznego, jakim była walka o Dominium Maris Baltici. Kaprowie na żołdzie ostatniego Jagiellona na polskim tronie, to tak naprawdę korsarze o buntowniczej naturze, nie zawsze stosujący się do ogólnie przyjętych reguł. Król próbował okiełznać ten piracki żywioł tworząc specjalnie w tym celu Komisję Morską. Wymyślono dla nich też poprawną politycznie nazwę - „strażnicy morza”.                                                                                                                                                           

Kaperska tradycja nie ginie w narodzie

Opuśćmy jednak bliskie sercu Morze Bałtyckie i wróćmy na Karaiby. Campeche było nagminnie atakowane, jak nie przez piratów, to przez bukanierów lub korsarzy. Rabusie czasem zawiązywali koalicje, aby skuteczniej uprawiać swój proceder. Tak, czy inaczej miasto było wielokrotnie plądrowane, obywatele rabowani, a budynki palone. Po niektórych z tych najazdów ludność Campeche zmniejszała się o prawie jedną trzecią. Któż to plądrował Campeche? Czy znamy nazwiska tych piratów? Owszem, znamy nazwiska tych najsłynniejszych, o których opowiadano legendy. Słyszeliście o Francisie Drake’u? O Henrym Morganie? To oni rabowali Campeche!

Aby wprowadzić Was w atmosferę pirackich przygód, proponuję, jako tło muzyczne, posłuchanie pirackiej pieśni. Być może podobną nucił Henry Morgan łupiąc bezlitośnie Campeche.


W końcu XVII wieku władze miasta podjęły decyzję o fortyfikacji Campeche i przeciwdziałaniu dalszym pirackim grabieżom. Efektem końcowym był mur obronny o długości ponad dwóch i pół kilometra z ośmioma basztami, okalający miasto ze wszystkich stron. Do dziś pozostały obie bramy wjazdowe, jedna od strony morza (Puerta de Mar), druga od strony lądu (Puerta de Tierra) i około 500 m murów obronnych.

Campeche - Brama Morska
Brama Morska - przez nią wychodzimy ze starego centrum Campeche i idziemy w stronę Zatoki Meksykańskiej

Czy to, że bogactwo portów i skarby na statkach przyciągają rabusiów jest czymś w historii wyjątkowym? Wręcz przeciwnie, jest to raczej reguła. Historia piractwa jest tak stara jak historia żeglowania. Od starożytności do dziś na przewożone statkami towary znajdowali się amatorzy łatwego zarobku. A dzisiejsze piractwo? Oczywiście istnieje, ale trochę w innej formie, bez Jolly Rogera czy papugi na ramieniu. I nie myślę tu o piractwie drogowym czy komputerowym, ale o starym, klasycznym napadaniu na statki. Nie o skarby jednak teraz chodzi, ale o okup, terroryzm lub presję polityczną. Pamiętacie film „Kapitan Philips” z Tomem Hanksem jako kapitanem amerykańskiego  kontenerowca porwanego przez somalijskich piratów? Akcja, oparta na autentycznych wydarzeniach, rozgrywa się w 2009 roku!

Nasze obecne wyobrażenia o wyglądzie piratów kształtują książki i filmy. Każdy, kto chciałby się dziś przebrać za pirata, najpewniej założy sobie przepaskę na oko i odpowiedni kapelusz. Można także pójść dalej i postarać się o papugę, najlepiej taką przeklinającą, lub dorobić fałszywą drewnianą nogę albo hak zamiast dłoni. Te „pirackie atrybuty” wywodzą się z literackiej fikcji. Drewnianą nogę miał John Silver w „Wyspie skarbów”, a hak – kapitan Hook z „Piotrusia Pana”. Filmowe wersje utrwalają nasze stereotypy. Przypomnijmy sobie chociażby rolę Dustina Hoffmana jako kapitana Haka (ang. Captain Hook) w amerykańskim filmie przygodowym w reżyserii Stevena Spielberga.

Dustin Hofman jako kapitan Hak

Ale najbardziej znany wizerunek pirata w ostatnich latach kino stworzyło w serii filmów  „Piraci z Karaibów”, a przygody Johnny'ego Deppa jako Jacka Sparrowa oglądają widzowie na całym świecie. Jest tam wszystko, co kojarzy nam się z wizerunkiem pirata, a nawet dużo więcej. Wszystkie ikony, klisze i kalki. Są więc opaski na oczy (wszystko jedno prawdziwe czy fałszywe), sztuczne nogi, kapelusze, skarby, tajemnicze mapy, a również sprawdzanie autentyczności złotych monet jedyną dostępną wtedy metodą, czyli własnymi zębami. Są rezolutne papugi i ćwiczone w pirackim rzemiośle małpy. Są plusy i minusy awanturniczego życia, ubarwione szelmowskim uśmiechem Johnny'ego Deppa. Dobre rozrywkowe kino.

Posłuchajcie muzycznego motywu przewodniego tej serii i dajcie się na chwilę przenieść w sam środek karaibskiej przygody.

Czy nie naszła Was ochota, aby trochę pożeglować na "Czarnej perle", poczuć "wiatr we włosach" i krzyknąć "Ahoj przygodo"?

I jest jeszcze coś, o czym nie mogę zapomnieć: lejący się strumieniami ulubiony trunek piratów z Karaibów, czyli rum. Jednym z najsłynniejszych bukanierów XVII wieku, również napadającym na Campeche, był Henry Morgan - Walijczyk w służbie króla Anglii Karola II. Zwano go Królem Bukanierów. Zdobył m.in. Jamajkę. Potem jednak porzucił korsarstwo, otrzymał tytuł szlachecki i jako wicegubernator powrócił na Jamajkę. Od tej pory zaciekle zwalczał bukanierów, a wiedział doskonale, jak to robić.

Nie wiadomo czy kapitan Morgan byłby zadowolony ze swojego wizerunku w dzisiejszej popkulturze. Z półek w każdym sklepie czy stoisku monopolowym spogląda  na nas w stroju pirackim, z nogą opartą o beczułkę rumu.


                                                        


  Do imienia Henry’ego Morgana nawiązuje się w książkach, filmach i grach komputerowych. W „Piratach z Karaibów” wymieniany jest jako jeden z twórców Pirackiego Kodeksu. 
Tyle o piratach mówi nam popkultura. A jaka jest prawda o pirackim życiu? Czy obfitowało w zapierające dech w piersiach przygody? Czy przypominało bajkowy podparyski Disneyland, w którym piratom poświęcono jedną z  ciekawszych atrakcji? (Podobno teraz jest jeszcze bardziej spektakularna, niż kiedy ją widziałam). Czy życie piratów było tak kolorowe jak strój kapitana Morgana i  papuga powyżej?

 Chyba jednak nie. Możemy zapomnieć o całym tym pirackim anturażu, o kapeluszach, kolczykach i innych pirackich ozdobach. Piraci wyglądali jak inni marynarze i wiedli bardzo ciężkie życie, no ale taki zawód wybrali. Ich życie to nie była hollywoodzka bajka, ale rzeczywistość pełna brudu, szczurów, chorób i groźnych ran, których nie miał kto leczyć. Ich codziennością było popsute jedzenie i nieświeża woda. Piraci często tracili w walce oczy, nogi czy ręce. Wielu było bezzębnych, bo i higiena żadna, ale i bójki  nie sprzyjały kompletnemu uzębieniu. Większość umierała w walce lub na szubienicy, rzadko który, jak Henry Morgan, we własnym łóżku. Ale i jego gnębiły liczne choroby wynikające z wcześniejszego stylu życia. Co ciekawe, jego grób na Jamajce w czasie jednego z trzęsień ziemi został zabrany przez morze. Jego szczątki ostatecznie spoczęły jednak w głębinach.

I jeszcze jedna uwaga. To, co pięknie wygląda na obrazach, czy w filmach, niekoniecznie jest praktyczne w użyciu. To tak jak z naszymi husarzami. W lamparcich skórach, ze skrzydłami doczepionymi do siodeł lub zbroi, budzili podziw...na paradach. Walczyli jednak w stroju, który nie krępował niepotrzebnie ruchów i dawał możliwość przeżycia.

 Czy w Campeche interesujące są tylko mury obronne i burzliwa przeszłość z piratami w rolach głównych? Nic z tych rzeczy. Mury obronne otaczają dziś bajecznie kolorowe, historyczne centrum miasta.


Kolorowe uliczki w Campeche

Barwne elewacje niskich budynków zachęcały do robienia zdjęć. Spacerowaliśmy zatopieni w niepowtarzalnym klimacie kolonialnego miasta. Cieszyliśmy się słoneczną pogodą, a intensywne kolory starej dzielnicy Campeche nastrajały nas optymistycznie.



Cisza, spokój i leniwy spacer.

Czasami miałam wrażenie, że jestem na jakimś planie filmowym. Otaczała nas niesamowita atmosfera, jakby z bajek dla dzieci lub z filmów o dobrych wróżkach. Być może trochę mi to przypomina sielankowe kadry z serialu "Good place"? Czy tu też za elewacjami kryje się inna, już nie całkiem bajkowa, rzeczywistość? Nie byłam na tyle dociekliwa, żeby to sprawdzić.





W żadnym miejscu Campeche nie można zapomnieć o jego pirackiej historii. Ot, pamiątkowa ławeczka, jakich wiele także w Polsce, choćby w bliskiej mi Łodzi. Nie siedzi na niej jednak znany pisarz, czy polityk, ale pirat właśnie, reklamujący hotel i restaurację „Don Gustavo”. Nie oparliśmy się chęci zajęcia miejsca przy tak ważniej personie. 



Wąskimi uliczkami dotarliśmy do jednej z bram chroniących dawniej miasto. Naszym oczom ukazała się zaskakująca perspektywa - wiszące nad ulicą rzędy parasolek w kolorach tęczy. W tle widać było z daleka Zatokę Meksykańską z zachodzącym słońcem.

Idziemy w stronę Zatoki Meksykańskiej, parasolki nad nami.

Zachód słońca nad Zatoką Meksykańską

Zachód słońca-wszędzie równie piękny

Wzdłuż wybrzeża zatoki prowadzi pięknie utrzymany deptak. Znajduje się na nim nieodłączny element wielu meksykańskich miast – duża, kolorowa nazwa miejscowości.  Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie zrobienia przy niej zdjęć.

Napis Campeche

Campeche
Bulwar w Campeche - miejsce spacerów turystów 

Utrwaliliśmy "ślady naszych stóp".

Wśród kościołów Campeche palmę pierwszeństwa dzierży katedra, wznosząca się przy głównym placu miasta, czyli zócalo. Budowę rozpoczęto tuż po założeniu Campeche, w 1540 r., ale przez kolejne 150 lat nie udało się jej ukończyć z powodu ciągłych ataków piratów.

Sielankowy obrazek głównego placu w Campeche

Ten piękny budynek to  El Palacio Centro Cultural. W środku jest m.in muzeum z makietami statków, wizerunkami piratów, mapami i fragmentami wyposażenia okrętów. Nasi panowie byli zachwyceni.



Makieta pirackiej fregaty - jedna z wielu, które widzieliśmy.


Nasz krótki, jednodniowy  pobyt w Campeche pozostawił mi w pamięci barwną mozaikę z historią konkwisty i piractwa w tle.
 
W czasie naszego spaceru podziwialiśmy doskonale zachowane XVII-wieczne mury i fortyfikacje, kolorowe budynki z epoki kolonialnej oraz główny plac z imponującą katedrą. Wszystkie te zabytki doceniło UNESCO, wpisując w 1999 r. centrum miasta na Listę Światowego Dziedzictwa.

Jeśli myślicie, że zapomniałam o Majach, to jesteście w błędzie. Następny artykuł poświęcę uroczemu Uxmal, które zrobiło na mnie niezapomniane wrażenie. Przeniesiemy się do krainy pasjonatów liczby trzy, eleganckiej architektury i gry w piłkę.

 

Artykuł ten dedykuję pewnemu wielbicielowi „Kapitana Morgana”.

Krzysztofie K., to dla Ciebie!