25 września 2020

W poszukiwaniu dobrego wina. Degustacja w Winnicach Dworu Wilkowice

 


Wino, jego smaki, aromaty, a także produkcja interesuje mnie od kilku lat. Nazwy szczepów winorośli czy regionów winiarskich brzmiały kiedyś dla mnie obco i nic mi nie mówiły. Dziś to już nie jest to dla mnie wiedza tajemna, ale znany i zrozumiały świat. Mimo to cały czas kształcę się w tym względzie. Jak zdobywam wiedzę? Zaczęło się od „Winicjatywy”  i innych blogów winiarskich.  Dzięki znajomości z pasjonatem win z Rawy Mazowieckiej, Krzysztofem Jędrzejakiem, właścicielem firmy "TimKex, wine and events", miałam możliwość uczestniczyć w wielu degustacjach, często nietypowych i bardzo dobrych win. Zawsze pasjonowała mnie także enoturystyka, czyli odwiedzanie rejonów związanych z winem lub udział w imprezach o tematyce winiarskiej.  Udało mi się przez ostatnie lata  zobaczyć kilka miejsc związanych z produkcją wina i w tym artykule spróbuję opisać jedno z nich.

W centralnej Polsce, w pobliżu Rawy Mazowieckiej, znajdują się Winnice Dworu Wilkowice, których zwiedzanie i związana z nim degustacja były dla mnie wielkim zaskoczeniem. Organizator tego przedsięwzięcia, znany mi z rawskich spotkań Krzysztof Jędrzejak, do końca nie zdradził dokąd nas zabiera. Wiedzieliśmy tylko, że to centralna część naszego kraju. Jest kilka regionów winiarskich w  Polsce, chociażby lubuskie, okolice Sandomierza, Małopolska i Podkarpacie … Ale wina z centralnej Polski? Niemożliwe! A jednak.

Dwór Wilkowice-front neoklasycystycznego budynku

Degustacja win w Winnicach Dworu Wilkowice zorganizowana była profesjonalnie. Wszystkie szczegóły naszego spotkania były dokładnie przemyślane. Degustowaliśmy dziesięć win produkowanych w  tej winnicy i było to jedno z najbardziej udanych winiarskich spotkań w jakich uczestniczyłam. I nie myślę tylko o spacerach z kieliszkiem w dłoni po pięknym ogrodzie i dyskusjach na ławeczkach, ale o WINACH. Polskich winach. Winnica położona jest koło dworu Wilkowice i stanowi jego integralną część. Jak informuje elegancki prospekt, który otrzymaliśmy, "Dwór Wilkowice" jest wpisany do rejestru zabytków pod numerem 594/83. Powierzchnia zabudowy dworu obejmuje ok. 2000 m2. Jest on usytuowany w odległości ok. 70 km od Warszawy oraz ok. 60 km od Łodzi. Dwór w Wilkowicach został zbudowany ok. 1850 roku na życzenie Leonarda Wilskiego. Ostatnim właścicielem był Tytus Wilski, który  opuścił dwór w 1946 roku. Czasy PRL nie sprzyjały rozwojowi tego miejsca i popadało ono w coraz większą ruinę. Obecnie przywracana jest świetność całej posiadłości. Produkcja win z miejscowych szczepów jest jednym z ważniejszych punktów tego rozwoju. Piękny dwór i winnica, ale to nie wszystko. Całości obrazu tego miejsca dopełniają urokliwe stawy (jeden z własną plażą), ogromna przestrzeń łąki godna pola golfowego, romantyczne ławeczki…  

Przed degustacją pokazano nam winnicę. Szpalery krzewów winorośli rosnące w równych, bardzo zadbanych rządkach. 

Kolekcja 42. szczepów winorośli

Winnica-widok ogólny

Winnica istnieje od 2009 roku, pierwsza produkcja ruszyła w 2012. Winnica  powiązana jest z  tzw. kolekcją, w której winorośle hodowane są na potrzeby degustacji owoców. Można próbować gron porównując ich smaki i aromaty. A było co próbować, ponieważ w winnicy uprawiane są aż 42 szczepy winorośli.

Praca w winnicy trwa cały rok. Przycinanie, kształtowanie, obcinanie liści, aby słońce mogło dotrzeć do gron, sprawdzanie dojrzałości owoców oraz ich kwasowości, ręczny zbiór i cały proces produkcji… Praca winiarza nie ma końca.

Zadbana winnica to efekt ciężkiej pracy

Pokazywano nam odmiany winorośli, z których sporządzono zestaw degustacyjny.  Informowano, które grona są już dojrzałe, a którym brakuje jeszcze trochę słońca. Rozmawialiśmy także o problemach z uprawą winorośli w polskich warunkach. Wiedziałam wcześniej, że w naszym kraju nie udaje się hodowla szczepów vitis vinifera (winorośl właściwa), ze względu na klimat. Po prostu przemarzają. Tworzone są tzw. hybrydy, mieszanki szczepów wytrzymujące nasze zimowe temperatury i wiosenne przymrozki. Choć w tej ostatniej kwestii zdarzają się też porażki. 


Wspaniałe kiście Regenta

Wszystko opisane i uporządkowane

Wina w Winnicach Dworu Wilkowice produkuje się tylko i wyłącznie ze szczepów tutaj uprawianych. Do produkcji win białych preferuje się szczepy: Bianca, Aurora, Seyval Blanc oraz Saint Pepin. Wina czerwone przeważnie robione są ze szczepów Rondo, Regent, Leon Millot. Większość tych szczepów to mieszańce międzygatunkowe. Nie oznacza to wcale, że hybryda ma mniejsze walory smakowe, czy mniejszą wartość użytkową. Czasami wręcz przeciwnie. Cechą charakterystyczną tego rodzaju szczepów jest po prostu to, że stworzono je do danych warunków klimatycznych.


Wygrzewające się w słońcu winne grona


Degustacja odbywała się w klimatycznej sali z widokiem na staw i plażę. Na suficie i w oknach pięknie prezentował się udrapowany biały materiał. Przywitały nas udekorowane stoły oraz lista dziesięciu win, które będziemy degustować. Otrzymaliśmy także informację o szczepach, z których te wina wyprodukowano. Okazało się, że większość to wina jednoszczepowe, ale zdarzały się  też  kupaże, np. Aurory i Bianci po 50 % lub Ronda i Regenta w tych samych proporcjach. Degustowaliśmy pięć wytrawnych win białych, cztery wytrawne wina czerwone i jedno białe półsłodkie. Wina białe w polskich warunkach udają się najczęściej lepiej niż czerwone, taka jest ogólna opinia. Jak jest w tej winnicy - sprawdzimy to w praktyce. Przygotowano dla nas wina z trzech roczników 2016, 2017 i 2018.

Butelki win przygotowanych na naszą degustację


Urokliwa sala degustacyjna


Widok z sali degustacyjnej

Plaża przy stawie
Dwór Wilkowice od strony parku

W połowie degustacji, po skosztowaniu ostatniego z pięciu win białych, wyszliśmy na spacer po pięknym parku zlokalizowanym przy Dworze Wilkowice. Poza samym neoklasycystycznym budynkiem uwagę naszą przykuła interesująca rzeźba zawieszona na linie miedzy budynkiem a drzewami. Autorem jest rzeźbiarz Jerzy Kędziora. Przedstawia ona kobietę uprawiającą gimnastykę artystyczną i robi niecodzienne wrażenie. Jerzy Kędziora jest autorem wielu oryginalnych rzeźb balansujących. Jedna z nich "Przechodzący przez rzekę" stała się symbolem Bydgoszczy. W Dworze Wilkowice odbyła się kiedyś wystawa prac tego artysty.

Romantyczna ławeczka w parku

Olbrzymia przestrzeń parku kryje jeszcze wiele możliwości

Rzeźba autorstwa Jerzego Kędziory 


Last, but not least. Moja ocena degustowanych win. Zaskakująco smaczne, co potwierdzali wszyscy uczestnicy degustacji, szczególnie ci, którzy nigdy wcześniej nie pili polskich win. Białe były aromatyczne, co jest dla mnie szczególnie ważne. Oczywiście, miały  różną kwasowość, która wynika  z poziomu cukru w gronach. Można było jednak znaleźć dla nich wszystkich wspólny mianownik, co nie dziwi, ponieważ rosną w takiej samej glebie i w takich samych warunkach klimatycznych. Podstawą terroir jest tutaj podłoże jakie pozostawił lądolód. Morenowe pagórki będące częścią Wzniesień Południowomazowieckich i Wysoczyzny Rawskiej zbudowane są z gliny lub piasków lodowcowo-rzecznych. Jest to dobre środowisko dla win czerwonych, co jest wyjątkowym zjawiskiem w polskich warunkach.

W winach białych przeważały aromaty dojrzałej renklody i gruszki, także trochę ziołowości i wyraźna kwiatowość. Saint Pepin miał dla mnie najwięcej aromatów, przypominał mi trochę Sauvignon Blanc swoją zapachową „zielonością", a może nawet  Gewurztraminera z jego słodką korzennością.

Mnie osobiście najbardziej zaskoczyły wina czerwone. Wiemy, że terroir tego obszaru dał możliwość stworzenia wyjątkowych win czerwonych i ten bonus perfekcyjnie wykorzystano. Moim faworytem jest kupaż Ronda i Regenta z 2018 roku. Opis tego wina za strony Winnic Dworu Wilkowice w pełni oddaje moje wrażenia: "Nos pełen czereśni, wiśni i jeżyn dopełnionych ciepłą śliwką i likierową, pestkową nutą". A co wyniknie, jeśli  temu kupażowi pozwolimy dojrzewać cztery miesiące w dębowej beczce? Panuje powszechna opinia, że polskie wina do beczki się nie nadają. Jaki finał tego niecodziennego, jak na polskie warunki, eksperymentu? Niektórzy byli zachwyceni niecodziennym smakiem, niektórzy wręcz przeciwnie. De gustibus non es disputandum.

Dokąd zmierzają Winnice Dworu Wilkowice? To pytanie zadają sobie także osoby odpowiedzialne za rozwój tego miejsca. Znamienne „Quo vadis?” pojawia się we wspomnianym wcześniej prospekcie. Plany są bardzo ambitne. Promowanie tradycji polskiego dworu jako miejsca rozwoju kultury i utrzymywanie ciągłości historycznej Dworu Wilkowice. Dwór szczyci się patriotycznymi korzeniami, choćby z czasów II wojny światowej.  Odwołam się do wspomnianego wcześniej prospektu: "Dwór Wilkowice był schronieniem dla wielu postaci polskiej kultury, sztuki, nauki i biznesu (...) Pod przybranym nazwiskiem ukrywała się tu również żona, córka, syn i wnuczka generała Andersa. To tutaj narodziła się legenda o Jego powrocie na białym koniu i wyzwoleniu Polski spod okupacji." Ukrywało się tu około czterdziestu rezydentów. Po "czwartkowych śniadaniach" udawali się do stolicy, aby uczestniczyć w ważnych państwowych naradach. Opowieści o mieszkańcach tego miejsca w czasie II wojny światowej są dla mnie jako historyka pasjonujące. Sama postać  Ireny Anders pobudza wyobraźnię. Jednak opisanie życia i działalności dawnych mieszkańców Dworu Wilkowice nie jest tematem tego artykułu. Może kiedyś...

 A wina? Dawne dwory słynęły z własnej produkcji różnych trunków. Dlaczego teraz nie może być podobnie? Daje to możliwość dalszego rozwoju i promowania tego miejsca.

Jako historyk i miłośnik wina mogę tylko zachwycać się takim przedsięwzięciem i obserwować jego dalszy rozkwit.

 

 

Maria Śledzińska

 


19 września 2020

Śladami cywilizacji Majów. Część I. Tulum i Dos Ojos

 

Jak pisał mój przewodnik światopoglądowy z lat licealnych Zenon Kosidowski w książce „Gdy słońce było bogiem”, Majowie to…”potężny naród obdarzony twórczym geniuszem… naród rzeźbiarzy i budowniczych–cyklopów”.

Może czas sprawdzić słuszność tej myśli?

Znani nam z historii Majowie to lud wysoko rozwiniętej cywilizacji z Mezoameryki. Majańska cywilizacja zaczęła się rozwijać około 2000 lat p.n.e. Jej apogeum to lata już naszej ery. Najczęściej podaje się wieki VII –IX. Od wieku  X możemy obserwować upadek tej wspaniałej kultury.

O przyczynach tego zadziwiającego zjawiska jeszcze będziemy mówić. Gdy w XVI wieku przybyli na  terytorium Majów hiszpańscy konkwistadorzy, po dawnej wspaniałej cywilizacji niewiele zostało. Hiszpanie nie mieli więc żadnego problemu z podbojem tych terenów. 

 Dawni Majowie zamieszkiwali tereny dzisiejszego południowego Meksyku, a dokładniej Jukatanu oraz Gwatemali i Belize. Aby więc przekonać się, jak wyglądają dziś pozostałości cywilizacji majańskiej należy odwiedzić te trzy kraje. I to też zrobiłam w styczniu 2020 roku, zdążając o krok przed pandemią.

Dlaczego Majowie? Jest to zgodne z moim zawodowym mottem: aby o czymś nauczać dobrze jest najpierw to samemu zobaczyć lub przeżyć. Wprawdzie cywilizacji Majów podręczniki do historii nie poświęcają zbyt wiele miejsca, ale przekonałam się, że zdobytą wiedzę można przemycić na innych zajęciach. Nie kryję, że podróżowanie jest moją prywatną pasją, która zawsze inspirowała mnie do rozwoju. Poza tym, ta niezwykła i zagadkowa cywilizacja ciągle fascynuje ludzi na całym świecie. Kto nie słyszał o piramidach Majów, ich kalendarzu czy krwawych ofiarach?

Co fascynuje mnie najbardziej w cywilizacja Majów?  Była ona nie tylko wysoko rozwinięta, ale i od początku owiana aurą tajemniczości. Stąd wiele sensacyjnych teorii o jej pochodzeniu i źródłach wiedzy. Najpierw jednak twarde fakty. Ich kultura powstała w czasach prekolumbijskich na obszarach Mezoameryki. Stworzyły ją ludy z  majańskiej grupy językowej. Majowie nie byli więc jednym narodem, ani też nie stworzyli jednolitej, wspólnej państwowości. W żadnym wypadku nie można mówić o imperium Majów, jako wielkim, scentralizowanym państwie z władcą na czele. Po prostu czegoś takiego nie było! Można ich sposób organizacji porównać do znanych nam z Hellady miast–państw, często ze sobą rywalizujących. Zauważam jedną różnicę: Hellenowie mieli jeden wspólny język, a Majowie wiele do dziś występujących dialektów. Podobieństw obu cywilizacji jest jednak znacznie więcej niż różnic. Podobnie jak starożytni Grecy Majowie posiadali rozległy obszaru zamieszkiwania i brak jednej centralnej władzy państwowej. Mimo tego, na całym obszarze zamieszkiwania, u Greków także w koloniach, obie te rozproszone cywilizacje posiadały wiele cech wspólnych. U Greków były to, poza wspomnianym wcześniej językiem, wierzenia, igrzyska olimpijskie, teatr…  Majowie, niezależnie od obszaru występowania, mieli niezaprzeczalne, wspólne osiągnięcia, choćby w dziedzinie architektury oraz umiłowanie do jadeitu, jaguara i ich wersji futbolu. Sic!

W swoich miastach-państwach Majowie budowali monumentalne zespoły przestrzenne. Powierzchnia centrum jednego z nich, Tikal w Gwatemali, wynosi 16 km kwadratowych. Jakie budowle preferowali? Przede wszystkim świątynie umiejscowione na wysokich piramidach schodkowych, pałace, rezydencje możnych, dziedzińce, rezerwuary na wodę pitną i kamienne boiska do gry w piłkę. Zastosowali w budownictwie tzw. fałszywe sklepienie ( kopuła pozorna).

Fałszywe sklepienie w architekturze Majów-przykład z Tulum 

Tę formę zwieńczanie budowli znamy także  z Hellady. Zanim Rzymianie wynaleźli beton w ten żmudny sposób, z bloków kamiennych, budowano łuki i pierwsze kopuły. Majowie rozwinęli pismo hieroglificzne, dwudziestkowy system liczbowy, prowadzili obserwacje astronomiczne, wynaleźli kalendarz i posługiwali się precyzyjnymi systemami rachuby czasu.

Mało osiągnięć? Będzie jeszcze więcej…

Zaczynajmy przygodę z Majami…

Po wielogodzinnej podróży wylądowaliśmy w Cancun w Meksyku. Tam poznaliśmy naszą przewodniczkę, która miała nam towarzyszyć przez całe osiem dni wyprawy. Dzięki niej mam wiedzę o Majach daleko wykraczającą poza podręczniki szkolne i mogę się nią podzielić. W planach mieliśmy zwiedzanie aż pięciu miast dawnych Majów, rozrzuconych w trzech współczesnych krajach: Tulum w Meksyku, Lamanai w Belize, Tikal w Gwatemali oraz Uxmal i Chichen Itza ponownie w Meksyk.

Zaczęliśmy od Tulum dawnego portu Majów, pięknie położonego nad turkusowymi wodami Morza Karaibskiego.

W tle ruiny wieży strażniczej w Tulum

Zobaczyliśmy m.in. El Castillo (wieżę strażniczą), Świątynię Fresków, Świątynię Zstępującego Boga i liczne pozostałości innych budowli.

Świątynia Fresków w Tulum

Pozostałości budowli majańskich w Tulum-panorama


 W Tulum zaczęła się majańska opowieść naszej przewodniczki, zwykle ubarwiana zdjęciami. Zobaczyliśmy na zdjęciach na przykład rekonstrukcje wyglądu dostojników majańskich, których zęby były dekorowane jadeitem, świętym kamieniem nie tylko Majów. W przodzie zęba robiono wgłębienie i tam umieszczano mały jadeit. Wątpliwa dekoracja ? My w XXI wieku mamy też różne pomysły na wyróżnianie się z tłumu i pokazanie swojego statusu. Złote zęby, czarne tęczówki oczu? Proszę bardzo. Przykładów nie będę wymieniać, ale każdy potrafi je przywołać.

Dekoracja zębów jadeitem 


Jeśli ktoś kiedyś uwierzył w teorię Erika von Dänikena, że Majowie kontaktowali się z kosmitami, o czym miały świadczyć znaleziono na terenie ich ośrodków czaszki zupełnie innego, nieludzkiego kształtu, to muszę go rozczarować. Majowie specjalnie deformowali głowy  nowo narodzonym dzieciom arystokratów. Był to sposób na  podkreślenie ich wyjątkowej pozycji. Krępowali dzieciom czaszki, by nadać ich głowom podłużny, przypominający kolbę kukurydzy kształt. Wyznacznikiem urody był dla Majów także  zez. Majowie wywoływali zeza celowo, zawieszając przed oczami małego dziecka ruchomą zabawkę. Zabawka ta przyciągała uwagę, ale także psuła wzrok.

Deformowanie czaszek dzieci

Kolejna ilustracja z kolekcji naszej przewodniczki przedstawiała prawdopodobny wygląd  Pałacu Gubernatora, którego ruiny wtedy oglądaliśmy. Nazwa budowli może być myląca, ale nadali ją hiszpańscy zdobywcy, nie mając pojęcia o jej pierwotnym przeznaczeniu. Tak naprawdę było to pałac władcy. Przez otwór okienny w określone dni  o ściśle określonej porze przechodziły promienie słońca. Miało to podkreślać znaczenie panującego i jego bliski kontakt z bogami. Natura od zawsze była wykorzystywana do budowania autorytetu władzy i miała budzić strach maluczkich. Znamy to zjawisko choćby z  „Faraona” B. Prusa. 

Pałac Gubernatora w Tulum i promienie słońca

Budowle Majów w Tulum były kiedyś kolorowe, co udowodniły badania. Przeważał kolor morza, w końcu Tulum było dużym portem. I znów moje skojarzenie z Grecją. Badacze sporządzili kolorową symulację wyglądu ateńskiego Partenonu, z  czasów Peryklesa-kolorystyka był bardzo podobna. Do dziś Grecy malują swoje wyspiarskie przybytki na kolor niebieski. Przypadek czy też podobna wrażliwość ludzkiego umysłu niezależnie czy mówimy o V w p.n.e. w przypadku Hellenów, czy też VIII wieku po Chrystusie, kiedy szczyt potęgi przeżywali Majowie?

 Tulum, zaczęły nam towarzyszyć wszędobylskie iguany, które wylegiwały się na murach budowli i nic sobie nie robiły z tłumu turystów.

Tulum w Meksyku-iguana wygrzewająca się na ruinie majańskiej budowli 

Iguany w Tulum

Turyści nie mogą się oprzeć, aby nie dokarmiać iguan

  Komu by jeszcze pokazać język?

Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy  do jednej z wielu na Jukatanie studni krasowych tzw. cenote. Cenotes były dla Majów podstawowym źródłem słodkiej wody i to przez cały rok. Na Jukatanie nie ma wielu rzek, a opady są ograniczone. Niektóre z cenot pełniły również ważną rolę rytualną, związaną z kultem boga deszczu. Dokonywano w nich czasami ofiar z ludzi. Archeolodzy w cenotach znaleźli zarówno szkielety, jak i przedmioty związane z kultem, co potwierdziło przypuszczenia co do ich religijnej roli. Współcześnie wiele z cenotes zostało zaadaptowanych przez człowieka do celów rekreacyjnych i turystycznych – nie tylko do zwiedzania, zażywania kąpieli, ale też do nurkowania lub snurkowania. Gdy zwiedzaliśmy i korzystaliśmy z kąpieli w cenocie Dos Ojos miałam świadomość znaczenia tego miejsca dla nieistniejącej już wielkiej cywilizacji. Cenoty mają w sobie coś tajemniczego. Refleksy świetlne na wapiennych skałach, bajkowo kolorowa woda w miejscach, gdzie przedziera się słońce…Różnorodne formy krasowe powodują , że cenoty robią magiczne wrażenie i nie dziwię się, że stanowiły kiedyś miejsce kultu.

    

Cenote Dos Ojos w Meksyku


   Tak wyglądał pierwszy dzień mojej wyprawy śladami cywilizacji Majów w Meksyku, Belize i Gwatemali.

Część druga już wkrótce...

 


07 września 2020

Polska egzotyczna

 „Polska wielu kultur” okiem historyka(refleksje po konferencji wyjazdowej).

Ucząc historii wielokrotnie przekonałam się, że największe efekty dydaktyczne osiąga nauczyciel, który na własne oczy widział to, o czym opowiada. Oczywiście, nie zawsze jest to wykonalne, ale…Opowiadanie uczniom o pyle z piramid, który osiada na ubraniu, o patrzącej prosto w oczy Mona Lisie, o pięknie Piety, gdy się  wszystko to czuło i widziało, powoduje, że moi uczniowie o wiele łatwiej zapamiętują fakty historyczne, często ubarwiane zdjęciami.

Natomiast, jako nauczycielowi wiedzy o społeczeństwie wielokrotnie brakowało  mi osobistych odniesień, np. w czasie lekcji o mniejszościach narodowych i euroregionach. Oczywiście można podać uczniom suche fakty ( daty, miejsca, liczby), ale taka wiedza szybko ulega zapomnieniu i nie budzi emocji, dzięki którym proces dydaktyczny jest, moim zdaniem, pełniejszy.

Kiedy więc zauważyłam informację o szkoleniu wyjazdowym „Polska wielu kultur” nie wahałam się ani chwili.  W temacie konferencji zabrzmiały miłe dla mojego ucha skojarzenia z Rzeczpospolitą Obojga Narodów, gdzie wielokulturowość była oczywistością. Czasy, w których Jan Zamoyski zakładając Zamość zaplanował tam i kościół, i synagogę, i cerkiew. Na zajęciach zawsze podkreślam znaczenie, pochodzącego z tych właśnie czasów, pierwszego w naszej historii dokumentu o tolerancji „Aktu konfederacji warszawskiej”. W centralnej Polsce pozbawieni jesteśmy pierwiastka mieszania się kultur, a więc tym ciekawszy wydał mi się program konferencji. Tatarzy w Polsce, cerkwie , meczety… Brzmiało to dla mnie tajemniczo i egzotycznie.

Pierwszy dzień był typowo przyrodniczy-zajęcia warsztatowe na terenie Białowieskiego Parku Narodowego. Ale nic co ludzkie nie jest mi obce, więc z ciekawością przyglądałam się z jaką pasją obecni na konferencji biolodzy i geografowie mierzyli kwasowość gleby, wilgotność i  temperaturę. Jak za pomocą lornetek i specjalistycznych przyrządów badali otaczającą nas przyrodę. Piękna puszcza, dzika i naturalna. Zgodnie z mottem zamieszczonym przy wejściu do puszczy „nie zabraliśmy nic poza zdjęciami i nie zostawiliśmy nic poza śladami stóp”.

Cerkiew w Białowieży

Wieczorem przyjechaliśmy do Kruszynian – jedynej, poza Bohonikami, polskiej wsi tatarskiej w granicach Polski po II wojnie światowej. Wieś została założona prawdopodobnie w wieku XVI.
W XVII wieku król Jan III Sobieski nadał ją Tatarom w zamian za zaległy żołd. Osadzeni muzułmanie, zwani Lipkami, walczyli po stronie Polski w wojnie z Turkami. Osiadł tu na stałe m.in. płk Samuel Murza Krzeczowski, który uratował życie Janowi III Sobieskiemu w bitwie pod Parkanami.

Kruszyniany -tablica informacyjna 

 Jadąc do Kruszynian zastanawiałam się nad moimi skojarzeniami z Tatarami: Czyngis-chan, Batu-chan, Legnica, śmierć Henryka Pobożnego, Złota Orda, Lipkowie, jurty, kumys, jarłyk, Kulikowe Pole i …Azja Tuhajbejowicz. Pojęcia te mogę mnożyć, ale to wciąż historia. A jak wygląda to teraz?
Kruszyniany. 
Już sama nazwa budzi skojarzenia z dawnymi polskimi kresami, brzmi śpiewnie i egzotycznie. Obecnie istnieje tam prężnie rozwijający się ośrodek kultury Tatarów polskich. Nigdy nie przypuszczałam, że będę biesiadowała w „Tatarskiej Jurcie”. Tak bowiem nazywa się gospodarstwo agroturystyczne, którego gośćmi byliśmy dwa dni. Stworzyła go Tatarka z dziada pradziada, żona Tatara, matka dorodnych tatarskich córek Dżenneta Bogdanowicz. Pochodzi, jak podkreślała, z Tatarów krymskich, czyli o bardziej europejskich rysach i jasnej karnacji. Jej wygląd i kultura zdecydowanie łamie stereotyp sienkiewiczowskiego Tatara. Wiedziałam, że mamy poznawać tatarską kulturę i zwyczaje, ale nie myślałam, że aż tak dogłębnie poznam tajniki tatarskiej kuchni.
Tatarska Jurta. Kierunek na pieriekaczewnik  
Tatarska jurta- wnętrze

Pani Dżenneta przywitała nas serdecznie, choć byliśmy nieco spóźnieni. Czekały na nas fartuchy, miski, mąka i wszystkie inne składniki niezbędne do przygotowania specjału kuchni tatarskiej–pierekaczewnika. Najlepszej jakości składniki i dużo ciężkiej fizycznej pracy daje przepyszny efekt. Jak mawia Pani Dżenneta z „czegoś taniego nie zrobisz czegoś dobrego”. Ważna jest jakość, nie ilość. Potrawa ta, to rodzaj rolady z ciasta pieczonego z mięsnym farszem. Mięso powinno być z gęsi, ale nam zaserwowano indycze. Pierekaczewnik uzyskał unijny certyfikat
  i nie może być produkowany ani sprzedawany w innym miejscu. Jest to tradycyjna, świąteczna potrawa. Jak podkreślała gospodyni, potrawa  bajramowa. Własnoręcznie robiony pierekaczewnik to dopiero regionalizm. Pyszny!  
  Dżenneta Bogdanowicz
                                                
"Nasz" pieriekaczewnik

Następnego dnia zwiedzamy tajemniczy mizar, cmentarz muzułmański z kamiennymi tablicami i nagrobkami, na których napisy są zarówno po polsku, jak  i po arabsku. Oprowadza nas Dżemil Gembicki, uroczy, dowcipny młody człowiek. Oczywiście Tatar z pochodzenia, o trochę egzotycznej urodzie. Opowiada z wielką elokwencją i znawstwem o tatarskich zwyczajach pogrzebowych. Zmarli są pochowani w ziemnych lub murowanych grobach bez trumny, oczywiście głową w stronę Mekki. Napisy na tablicach są także na ich tylnej stronie.  Uświadamiam sobie, że ucząc o tym wiele lat, po raz pierwszy widzę taką nekropolię osobiście. Choć i tu wkradają się klimaty współżycia z innymi religiami. Na grobach widzimy zapalone świece i położone  kwiaty – to chrześcijańscy sąsiedzi oddają szacunek zmarłym. Nikomu nie przeszkadza takie przenikanie się kultur, a wręcz przeciwnie – nasz przewodnik podkreślał ten fakt z zadowoleniem.
Mizar w Kruszynianach


Cmentarz w Kruszynianach-widać koegzystencję islamu i chrześcijaństwa

 Przechodzimy następnie do pobliskiego meczetu. Jest to drewniana budowla  z końca XVIII wieku (jeden z dwóch najstarszych w Polsce meczetów).Zdejmuję buty przed wejściem do świątyni, siedzę na podłodze i widzę na własne oczy mihrab, czyli znajdującą się w ścianie meczetu niszę skierowana w stronę Mekki. Dżemil zaczyna opowiadać w charakterystyczny, trochę pośpieszny sposób. Wszyscy zafascynowani wpatrują się w postać tego opiekuna meczetu w Kruszynianach. Jego żoną jest chrześcijanka –„serce nie sługa” jak stwierdza. Mają dwoje dzieci. Na nasze oczywiste, dotyczące wyznania potomstwa pytanie, wyartykułowane w sposób „A co z dziećmi?”, odpowiada dowcipnie „piękne i mądre”. Po chwili poważnieje i wyjaśnia, że córka jest chrześcijanką, a syn muzułmaninem. Przykład tolerancji, współistnienia z życia wzięty. Bezcenne.

Meczet w Kruszynianach

Mihrab w meczecie w Kruszynianach

Wnętrze meczetu w Kruszynianach

  Wyjeżdżamy. Muszę się oderwać od orientalnych, islamskich klimatów i wejść w trochę nam bliższą   atmosferę rzędów palących się świec, kadzideł, świątyń z charakterystycznymi kopułami, pisanych         ikon… Prawosławie. Jako historyk wiem o wielkiej schizmie wschodniej w 1054, różnicach 
w obrzędach i zdobnictwie między cerkwią i kościołem, popach, ikonach… Jedziemy do Supraśla. Zwiedzamy prawosławny, męski monastyr z XVIII wieku. Witają nas niesamowite dźwięki przepięknego liturgicznego śpiewu. Głos ludzki w czystej postaci, niezakłócony żadnym instrumentem. Czekając na wejście do klasztoru stoimy zasłuchani.

Monastyr w Supraślu -widok ogólny

Monastyr w Supraślu-fragment

Oprowadza nas bardzo młody i bardzo przystojny zakonnik. Opowiada o historii monastyru. Wokół ikony, tajemnicze zapachy, przepiękne zdobienia. Szkoda, ze nie możemy zobaczyć muzeum ikon, najchętniej odwiedzanego muzeum na Podlasiu. Przewodnik podkreśla, że ikon się nie maluje, ale pisze.

Monastyr w Supraślu-fragment

Z Supraśla kierujemy się w stronę stolicy województwa podlaskiego Białegostoku. Dane nam było oglądać przepiękny kompleks parkowo-pałacowy Branickich. Nie tych znanych z podręczników historii zdrajców Branickich herbu Korczak, ale innej linii tego rodu Branickich herbu Gryf. Podziwiam barokową elewację czując, że coś podobnego już kiedyś widziałam. Może przypomina mi Schönbrunn, letnią rezydencję Habsburgów? Ogród w stylu francuskim, pieczołowicie odtworzony ze środków unijnych.
Pałac Branickich w Białymstoku-fragment parku

Pałac Branickich w Białymstoku-fragment parku

Pałac Branickich w Białymstoku-fragment parku

    Co za dzień! Od mizaru do ogrodu w stylu francuskim. Takie jest Podlasie. A na deser, choć w zasadzie na kolację w „Tatarskiej jurcie” jemy łapszę i belysz. Smaki Podlasia.

    Ostatni dzień to znowu wielka różnorodność. Kolejne niespodzianki i zaskoczenia były już oczywistością. Ale takiego nierzeczywistego błękitu wśród gęstwiny lasu chyba nikt nie przewidział. Bajkowa Cerkiew Ikony Matki Bożej „Wszystkich strapionych radość” w Koterce na granicy polsko-białoruskiej, nieduża, urokliwa. Byliśmy szczęśliwcami, którzy trafili akurat na niedzielne nabożeństwo i mogliśmy zajrzeć do środka. Pop w stroju liturgicznym, błękitne zdobienia, złoty ikonostas. Pięknie. Moją uwagę jako historyka przykuło jednak coś innego – po raz pierwszy usłyszałam na żywo zdania wypowiadane w języku staro-cerkiewnosłowiańskim. W tym bowiem języku duchowny właśnie odprawiał nabożeństwo. Przecież to do tego języka Cyryl i Metody opracowali głagolicę!

Granica polsko-białoruska w Koterce

Cudowna cerkiew w Koterce

Wnętrze cerkwi w Koterce 

Wnętrze cerkwi w Koterce

Wnętrze cerkwi w Koterce

 Następny punkt programu, wyczekiwany przez niektórych najbardziej, to Grabarka-serce prawosławia w Polsce. Kiedy tylko weszłam na schody prowadzące na wzgórze ze świątynią poczułam magię tego miejsca. Chodziłam miedzy tysiącami krzyży, przyglądałam się napisom , wstążkom i wydrapanym literom. Podobnie czułam się na cmentarzu na Rossie, choć to inna nekropolia i inna historia.

Grabarka-krzyże prawosławne 

Grabarka-krzyże prawosławne 

Grabarka-krzyże prawosławne 

     Przyszło mi wtedy do głowy określenie, na to co czułam i co chyba dobrze oddaje charakter  naszej podlaskiej wędrówki – ekumenizm, ale dodatkowo poszerzony o elementy szeroko pojętego humanizmu. Ekumeniczne nekropolie, wielojęzyczne napisy, krzyże chrześcijańskie, krzyże prawosławne, gwiazdy i półksiężyce. To będę pamiętać. I ludzi z pasją. Na pożegnanie Drohiczyn z Górą Zamkową i przepięknym widokiem na zakole Bugu.
Zakole Bugu w Drohiczynie


Zakole Bugu w Drohiczynie
 
    Na końcu każdego postu będę umieszczać zdjęcia z kategorii dziwne lub ulubione. Często są to eksperymenty fotograficzne .Ocenę zostawiam czytelnikom

Jedno z moich ulubionych zdjęć z tej wyprawy robione przez Anię P.

Kruszyniany wyprawa o świcie

Tablica ze Świętej Góry Grabarki 

Nietypowe ujęcie


Jeszcze szron na roślinach, a my już fotograficznych łowach

Dla wtajemniczonych