Temat tego bloga jest tak szeroki jak jego nazwa. Chcę opisywać to, co jest dla mnie ważne i daje mi satysfakcję. Chcę doświadczać świata wszystkimi zmysłami. Będzie więc o podróżach małych i dużych, pasji ogrodniczej oraz fascynacji fotografią. Może jeszcze o czymś, czego teraz nie przewidzę. Mam potrzebę pisania. Czy to, co mi w duszy gra komuś się spodoba, nie wiem.
Kolejna
degustacja za nami. Po długiej, pandemicznej przerwie spotkaliśmy się w Sali
Lustrzanej hotelu „Tatar” w Rawie Mazowieckiej. Prowadzącym jak zawsze był niezastąpiony
Krzysztof. Co nam zaserwowano? Tym
razem wina węgierskie z winnicy, której oryginalna nazwa brzmi „Kovács és
Lánya Borászat - Sol Montis”. W wolnym tłumaczeniuto winnica Kowala i córki, czyli rodzinne przedsięwzięcie
László Kovacsa i jego córki Zyty.
Obejrzeliśmy prezentację dotyczącą tej
winnicy, jej położenia i historii. Winnica usytułowana jest w regionie Matra w
północnej części Węgier, w pobliżu bardziej znanego Polakom regionu Eger.
Degustowaliśmy
10 win, wszystkie z tej rodzinnej winnicy, pięć białych i pięć czerwonych.
Każde wino opatrzone było odpowiednim opisem: nazwa, szczep, rocznik,
dominujące aromaty i smaki. Najbardziej przypadły mi do gustu białe wina: jedno
zrobione z kilku muszkatów, drugie to mój ulubionygewürztraminer.
Tym razem dostaliśmy także jeszcze jedną „pomoc naukową” - spis przygotowanych
dla nas przekąsek (sery, wędliny, oliwki…). Wędliny były tylko węgierskie, niektóre
produkowane przez rodzinę Kovaców idostarczone
razem z winami przez właścicieli ( np. kiełbasa z daniela, salami z bawoła...). Wszystko wybornej jakości. Novum były sugestie organizatora, jak połączyć
poszczególne wina z przekąską. Czasami otrzymywaliśmy rzeczywiście mariaż idealny.
Degustacja
udana, zakupy zrobione. Dobrze schłodzone wina będą umilać nam gorące letnie wieczory.
Zainteresowanych tematem
winnych spotkań i win w ogóle, zapraszam do przeczytania mojego poprzedniego artykułu
Mérida - stolica stanu Jukatan. Miasto kontrastów, przez wielu podróżników
oceniane jako nieciekawe. A mnie zaintrygowało. Pod powiekami zostawiło
mi obrazy wielkiej różnorodności, słońca i bogatej
kolorystyki. Miasto jest senne w dawny kolonialny sposób i momentami
miałam wrażenie, że czas płynie tu wolniej. Nie ma pośpiechu i tłumów ludzi, co
może dziwić, bo Merida ma prawie milion mieszkańców.
Macie wrażenie, że skądś znacie tę
nazwę? Poza miastem w Meksyku jest to nazwa miast w Hiszpanii i w Wenezueli,
producenta rowerów w Polsce, klubu piłkarskiego, czołgu i pewnej bojowo
nastawionej dziewczyny - Meridy Walecznej.
Mérida to miasto
kolonialne, podobne jak opisywane wcześniej Campeche. Zwana
jest czasami Białym Miastem. Dlaczego? O tym za chwilę. Założył ją w
czasie swoich licznych wypraw hiszpański konkwistador
Francisco de Montejo „el Mozo”, znany nam także
z Campeche. Merida powstała na
gruntach miasta Majów T'Hó (pisownia oryginalna) po jego zdobyciu i całkowitym
zniszczeniu. T'Hó przemianowano na Méridę, ponieważ jasne zabudowania
dawnego ośrodka Majów przypominały kolonizatorom architekturę hiszpańskiego
miasta o tej właśnie nazwie. Do budowy pałaców, kościołów oraz murów
obronnych wykorzystano to, co zostało po mieście Majów - jasne, wapienne
kamienie. Na niektórych wciąż można dostrzec majańskie rzeźbienia. Dlatego też
większość budowli Starego Miasta w Meridzie utrzymana jest w w jasnych
kolorach, co szczególnie widać wokół centralnego w mieście Plaza Grande, przez
wielu uważanego za jeden z najładniejszych placów w Meksyku.
Palacio Municipal na Plaza Grande. Ratusz w Meridzie pochodzi z XVI
wieku. Typowo renesansowe arkady i krużganki.
Kamieni ze zburzonych świątyń Majów użyto do budowy potężnej, renesansowej Katedry św. Ildefonsa. Jest to najstarsza tego rodzaju budowla w Meksyku. Nie często na obszarze obu Ameryk spotka się tak dobrze zachowane budowle z XVI wieku. A ta robi wrażenie. Do jej budowy zatrudniono pokonanych Majów, którzy przez 36 lat budowali mury z materiału, na którym do dziś dostrzec można znaki ich dawnego kultu. Ironia i okrucieństwo historii.
Katedra św. Ildefonsa w Meridzie
Podobny proceder
wykorzystywania budulca ze zniszczonych wcześniejszych miast nie jest niczym
nowym w historii. Miał on miejsce np. w Egipcie, gdzie kamienie z piramid były
wykorzystywane do budowy prywatnych domów. Także greckich czy rzymskich budowli
nie ominął podobny los. Był to darmowy budulec, z którego chętnie korzystali
zdobywcy, a często i okoliczni wieśniacy podkradając nocą cenne dla nich
kamienie. Mieszkać gdzieś trzeba, a wrażliwość na piękno czy poszanowanie
historii jest wtedy zupełnie nieistotne.
Méridę wkrótce otoczył
również solidny mur miejski - biali bogaci przybysze czuli się bezpieczniej za
umocnionymi bramami, gdyż wokół otaczała ich źle traktowana zależna, rdzenna
ludność. Podobnie było w starożytnej Sparcie, gdzie rządzący Spartiaci, nie
murem, ale strachem i zakazami odgradzali od siebie poddanych helotów.
Od momentu powstania
w XVI wieku przez późniejsze dziesięciolecia Merida przeżywała okres
świetności. Powstawały pałace, restauracje i eleganckie ulice, mające
przywodzić na myśl paryskie Pola Elizejskie. Dlatego Merida zyskała kiedyś
przydomek Paryża Zachodu.Z tego okresu prosperity przetrwało kilka budynków,
jak np. dzisiejszy Ratusz, dalej Casa de Montejo - kolonialny dom zdobywcy
Méridy - oraz Palacio de Gobierno.
Pałac Gubernatora- dziś muzeum.
Zwieńczenie Pałacu Gubernatora.
Przedstawia symbole z meksykańskiej flagi-orła pożerającego węża.
Poniżej
kilka zdjęć z Casa de Montejo. Z pieczołowitością i dbałością o detale odtworzono
XVI-wieczne wnętrza. Możemy poczuć przepych, w jakim żyli wtedy hiszpańscy zdobywcy.
Jeśli ktoś z Was ma dość oglądania
"antyków" i zatęsknił za sztuką nowoczesną - proszę bardzo. Merida ma
i takie atrakcje. W pasażu, w centrum miasta, obok sklepu z hamakami, którymi
słynie Merida, są wystawy całkiem współczesnej sztuki. I co? Podoba się ?
A tak całkiem poważnie, tytuł instalacji to "Szukanie równowagi"
- "Buscando equlibrio". Przyznam, że się zaciekawiłam.
Instalacja
z drabiną. Rzeczywiście w takiej konfiguracji trzeba dbać o równowagę.
Buscando equlibrio -
każdy ma do spełnienia jakąś rolę.
Czasami nie wiadomo, dlaczego coś nam się kojarzy w ten, a nie w inny sposób. Gdy zobaczyłam to zdjęcie stwierdziłam, że wyglądamy na nim jak muszkieterowie. I tak zostało: muszkieterowie z Meridy
Jednym z najbardziej urokliwych miejsc w Meridzie jest park w
centrum miasta na Plaza Grande. Nie dość, że można sobie zrobić
pamiątkowe zdjęcie przy napisie MERIDA, to jeszcze ustawiono tam słynne fotele
zwane “sillas confidentes” lub “tú y yo”. Tłumaczymy to jako "ławka zakochanych" lub „ty i ja”. Są to podwójne połączone ze sobą krzesła, pomalowane na biało.
Ich kształt wymusza siedzenie niemal przodem do siebie. Tego typu ławki można
znaleźć w wielu parkach Meridy. Jest to jeden z elementów, który sprawia, że
Merida jest wyjątkowym miejscem.
Żadne z nas nie potrafiło odmówić sobie
"serduszek".
Romantycznie.
Meridę zbudowane na
wzór miast hiszpańskich i może dlatego poczułam się tu całkiem swojsko,
po europejsku. Natomiast egzotyki w Meridzie też nie brakuje. Widać ją na
każdym kroku, ale najsilniej na mnie podziałało zwiedzanie wystawy
czasowej poświęconej alebrijes ( w wymowie j czytamy jako h).
Alebrijes to kolorowe
meksykańskie rzeźby przedstawiające fantastyczne stworzenia. Historia ich powstania nie jest dawna, sięga 1936
roku. Wtedy meksykański artysta Pedro
Linares López w wieku około 30 lat ciężko zachorował i zapadł w głęboki sen na
pograniczu życia i śmierci. Niektórzy sugerują, że to, co mu się przyśniło
stanowiło efekt rożnych specyfików, które podał mu miejscowy szaman. W
tym śnie znalazł się w innej rzeczywistości, w przedziwnym lesie. W jego
sennej malignie zwierzęta z tego miejsca wyglądały jak swoiste hybrydy,
skrzyżowanie różnych zwierząt. Dodatkowo o bajecznie kolorowych barwach.
Kiedy wyzdrowiał, postanowił je uwiecznić. Ponieważ zawodowo zajmował się
tworzeniem rożnych figur z papieru, rozpoczął produkcję stworzeń ze snu w tej
technice. Do dziś tradycyjne alebrijes tworzy się z papierowej masy.
A skąd wzięła się nazwa alebrijes? Otóż
wspomniane wcześniej potwory wykrzykiwały to słowo podczas sennej podróży
Pedra. Nikt nie wie, co oznacza.
Do wzrostu popularności
alebrijes przyczyniła się także Frida Calho, wybitna meksykańska
malarka, która zamawiała alebrijes od Pedro Linaresa, a potem tworzyła je też sama. Tym samym te psychodeliczne stwory przeszły ze snu pewnego artysty do meksykańskiej rzeczywistości.
W ten sposób powstał jeden z towarów
eksportowych kultury meksykańskiej, symbol barwności życia po śmierci. Dziś
artyści prześcigają się w tworzeniu coraz to dziwniejszych mieszańców i
czasami ciężko dociec jak wyglądał oryginał. Spróbujcie w stworach poniżej
dopatrzeć się zwierząt, które ze sobą połączono.
Specyficzny kult
śmierci w Meksyku widać na każdym kroku. Jest on dużo bardziej radosny,
kolorowy niż nasz polski, przygnębiający zwyczaj. Wyjątkowość tej tradycji
z pięknymi ołtarzykami dla zmarłych, aksamitkowymi mostami w zaświaty i
przepełnioną pozytywną energią pamięcią o zmarłych doskonale
pokazuje film " Coco". Zdobył on w 2018 roku dwie nagrody Oscara w
kategorii „Najlepszy długometrażowy film animowany” oraz za najlepszą
piosenkę "Remember Me". "Coco" zdobył ponad 30
nagród filmowych. Poza Oscarami także Złoty Glob i nagrodę BAFTA. Rzadko zdarza
mi się wracać do obejrzanych filmów, ale dla "Coco" robię wyjątek.
Alebrijes występują w
tym filmie często. To kolorowi strażnicy
dusz. Poniżej znajdziecie fragment przemiany psa głównego bohatera
w alebrije. Pies ma na imię Dante. Czy to przypadek? Nie sądzę. Dante to
autor "Boskiej komedii", dzieła o podróży w zaświaty. My wraz z
głównymi bohaterami także wędrujemy krainą zmarłych. A przy okazji uświadamiamy
sobie jak ważna jest bliskość drugiego człowieka, ale także jak łatwo kogoś
zranić i nie zdążyć naprawić swojego błędu.
Na zakończenie piosenka o pamiętaniu. Wykonuje ją główny bohater filmu "Coco", chłopiec o imieniu Miguel. Śpiewa o tym, że nasi zmarli żyją tak długo, jak pamięć o nich. Zawsze się wzruszam słuchając „Remember me”. A Wy?