Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fauna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fauna. Pokaż wszystkie posty

03 grudnia 2021

Raj na ziemi

 


Wydawało Wam się kiedyś, że jesteście w raju? Bo mnie tak, przez siedem dni pobytu w  ośrodku Ocean Maya Royale na Riviera Maya w Meksyku. Wybrzeże to znajduje się nad Morzem Karaibskim, na południe od Cancun, największego kurortu na tym terenie.

                                    Napis MEXICO na plaży. Ośrodek Ocean Maya Royale

Gdy wyjeżdżaliśmy do Meksyku w styczniu 2019 roku nikt nie myślał o pandemii. Beztroscy zwiedzaliśmy świat i cieszyliśmy się życiem. Spróbujmy, choć na chwilę, przenieść się w przeszłość i zakosztować rajskich, przedpandemicznych  owoców. Zapraszam do raju na ziemi.

Jak wyobrażacie sobie raj? Nie ten po śmierci, ani nie ten biblijny z Adamem i Ewą, ale ten nasz ziemski, dostępny tu i teraz? Jeśli rajem dla Was jest zachwycająca przyroda, idealna pogoda, pyszne jedzenie i trunki, towarzystwo na najwyższym poziomie, to  tak, byłam w raju. Jadłam niebiańskie potrawy, otaczała mnie atmosfera komfortu, zbliżona bardziej do grecko-rzymskich wyobrażeń o boskim bytowaniu na Olimpie, niż do starotestamentowych opisów.

  

                                    Ocean Maya Royale (OMR) prawie jak OMG.

 Ale niezależnie, czyj to Eden, jakiej cywilizacji, czy religii, to warto go zaznać, choć na chwilę. I mimo, że byliśmy w strefie międzyzwrotnikowej i bywało ciepło, nie ma tu zastosowania cytat Jana Izydor Sztaudyngera "Adam ujrzawszy, że Ewa jest naga, innego raju już się nie domaga". Nie o takich niebiańskich rozkoszach jest ten artykuł.


Ośrodek Ocean Maya Royale jest reklamowany jako miejsce idealne dla nowożeńców czy zakochanych par. Zaaranżowano wiele miejsc kojarzących się z podróżą poślubną lub miodowym miesiącem. Urokliwe pawilony, girlandy z kwiatów, czy uroczysta kolacja przy świecach-proszę bardzo. Może występy egzotycznych wykonawców i kwitnące nocne życie? Tak właśnie- "Love is in the air" na każdym kroku.

Regulamin zakłada, że hotel Ocean Maya Royale jest przeznaczony tylko dla osób dorosłych. Kto więc nie przepada za towarzystwem własnych, czy cudzych,  dzieci na wakacjach, miejsce to jest dla niego.

Mieszkaliśmy w tym naszym Edenie w otoczeniu przyrody, egzotycznych roślin i zwierząt. 

(fot. Jerzy B.)

Zwierzęta przechadzały się uliczkami ośrodka bez przeszkód i nic sobie nie robiły z naszej obecności. To one są tam u siebie w domu, a my jesteśmy tylko gośćmi na chwilkę. Czuliśmy wokół niebywałą troskę o przyrodę. Nie mieliśmy wrażenia, że jako turyści coś niszczymy i ingerujemy destrukcyjnie w otaczający nas świat. Jest w tym na pewno trochę iluzji, bo jako cywilizacja wpływamy od wieków na środowisko, ale tam starano się znaleźć złoty środek miedzy wygodą turystów a dobrem przyrody.

                                                               A kuku, turysto!(fot. Jerzy B.)

Obcowaliśmy więc na co dzień z innymi niż ludzie mieszkańcami tej okolicy. Oswojonymi, ale nie zniewolonymi, jak zwierzęta w zoo. W ich naturalnym środowisku, a nie w  klatkach. Podziwialiśmy sarny, dające się sfotografować z bliska. I fotografów, którzy nie ingerują w ich życie tylko z szacunkiem obserwują i utrwalają ulotne chwile obcowania z przyrodą. Zwierzęta i ludzie żyjący w symbiozie, tak to przecież było w raju. Paulo Coelho w "Alchemiku" stwierdził, że "Świat przyrody jest jedynie powielonym obrazem Raju. Sam fakt, że ten świat istnieje, jest dowodem na to, że istnieje też świat doskonalszy".


    (fot. Jerzy B.)
(fot. Jerzy B.)

Najczęstszymi towarzyszami naszych spacerów były wszędobylskie iguany. Wylegiwały się na ciepłych kamieniach lub chowały w specjalnie dla nich przygotowanych jaskiniach.

W naszym Edenie, jak to w raju bywa, wszystkiego mieliśmy pod dostatkiem lub nawet w nadmiarze. I wszystkiego mogliśmy spróbować, nawet owoców z drzewa dobrego i złego, niezależnie czym to było dla każdego z nas. Nic nie było nam zabronione i niczego nam nie odmawiano. Po prostu rajskie życie.

      
    

                                            Po królewsku zaopatrzony bar (fot. domena publiczna)

Zażywaliśmy rozkoszy podniebienia. Rewelacyjna kuchnia, nie tylko meksykańska.

Posiłek w "Bluemoon"

 Restauracje serwowały potrawy kuchni włoskiej, francuskiej czy japońskiej. W tej ostatniej mogliśmy obejrzeć pokaz sushi mastera. No, mistrzostwo.

Pokaz sushi mastera w "Yookoso"(fot. domena publiczna)

Cytując mistrza Konstantego Ildefonsa

"No, w raju, jak to w raju,

zielono i wesoło,

obiady, gadu-gadu,

wieczerze i tak w koło".

Nic dodać nic ująć.

Naszą ulubioną restauracją była ta, w której podawano potrawy z rozmaitych części świata i serwowano szeroko rozumianą kuchnię fusion. Otwarta prawie cały czas, co było jej niewątpliwą zaletą.

Nasza ulubiona "La Hacienda"(fot. domena publiczna)

Często zaglądaliśmy też do restauracji El Charro, w której podawano potrawy tylko lokalnej kuchni. Królowało tam rewelacyjne guacamole, które dodawaliśmy prawie do wszystkiego, kolorowe nachosy i zupy - kremy z warzyw.

W tle restauracja" El Charro"

Ogród smakowych rozkoszy, czyli niebo w gębie. No może poza pięknie wyglądającymi ciastkami, które nieopatrznie wzięłam do skosztowania, nie czytając opisu. Okazały się zrobione z glonów morskich. Pomieszanie smaku słodkiego ze słonymi glonami, zdecydowanie nie przypadło mi do gustu.

Zachowanie obsługi profesjonalne. Im rzeczywiście zależy na rozwoju turystyki, bo w większości  z tego właśnie żyją. Wszyscy uśmiechnięci, jakby czekali na nasze przybycie. Czy to tylko marketing i wymóg takich miejsc? Czy specyfika tego rejonu świata? Nie wiem. Może wszystkiego po trosze.

Spacerujące beztrosko meksykańskie wilgowrony

I nie zgadzam się z Jackiem Skubikowskim, że "Niebo - to dobre miejsce dla naiwnych". Owszem, nasze niebo było "turystycznie udoskonalone" i mam świadomość, że nie wszystko złoto, co się świeci. Ale zbudowałabym jeszcze raz schody do tego nieba. Albo pojechała windą. Aby zadziwiać się bez końca.

Tydzień beztroskiego życia minął. Skończyła się nasza sielanka. Idylle nie trwają wiecznie. Co pozostało? Wspominanie, może "z łezką w oku", słuchając  "Tears in heaven".

Nie byłoby tej mojej arkadyjsko-meksykańskiej przygody, gdyby nie moi przyjaciele: Kasia i Jurek. To im zawdzięczam tak cudne wspomnienia i ...większość zamieszczonych zdjęć.















27 marca 2021

Ptasia sesja zimą


Ptasia sesja

Zima 2020/2021. Mroźna i śnieżna. Biały puch przykrył brud i szarość. Ale też schował pod swoją powłoką pokarm dla zwierząt, ograniczył dostęp do życiodajnych nasion, owoców i liści. Także tłuste larwy były trudno dostępne. Temperatura -20 C nie sprzyja przetrwaniu. 

To trudny okres dla przyrody. W taki czas trzeba pomagać... skrzydlatym braciom.

Namnożyło się nam tego towarzystwa. Pokarm rozsypany w kilku miejscach ogrodu zwabił ptasie gromady. Gwarne „sejmiki” na gałęziach dławisza towarzyszyły nam co dzień. Wróble-mazurki szczególnie upodobały sobie posiłki podane na stole... do tenisa.  Przylatywały jeden po drugim, a zaniepokojone hałasem lub nagłym ruchem-odlatywały gromadnie. 

Ciekawe zjawisko.

Fantazyjnie poplątane gałęzie dławisza są miejscem zbiórki szczególnie dla wróbli - mazurków.

Wróbel, ot taki zwykły, pospolity ptak naszego najbliższego otoczenia. Bohater powiedzeń, symbol przeciętności i szarości. A tu zaskoczenie: wróbel wróblowi nie równy. To co widzimy na zdjęciach, powyżej i poniżej, to nie zwykły miastowy wróbel, ale MAZUREK, czyli rodzaj wróbla polnego, zamieszkującego wsie i okolice podmiejskie. W końcu mieszkam przy ulicy Polnej, a nazwa zobowiązuje.

Mazurki, czyli wróble polne, mimo, że są odrobinę mniejsze od wróbli zwyczajnych, są z nimi często mylone. A wystarczy przez chwilę im się przyjrzeć, aby je rozpoznać.

Czym w takim razie mazurki różnią się od swoich „mieszczańskich” braci? Gdy raz zobaczymy tę różnicę, to mazurka rozpoznamy już zawsze. Policzek ma bowiem biały z czarną, dobrze widoczną plamką pośrodku. Wróbel zwyczajny ma całkowicie szary policzek. I tyle w kwestii wyższości wróbla polnego nad „miastowym”. W końcu każda sroczka swój ogonek chwali.


Wici rozesłane - szwedzki stół gotowy. 
 Mazurki - uczta na stole...do tenisa.


Czy temat tego postu ma coś wspólnego z historią? Wydawałoby się, że nic. A tu niespodzianka. Może jednak istnieje problem "wróbel a sprawa polska"?  Takiego nie znam, ale mam pewną historyczno-ekologiczną dygresję: nie wolno radykalnie i bezkarnie  ingerować w przyrodę, o czym boleśnie przekonujemy się i przekonywać będziemy. Co to ma wspólnego z naszymi wróblami? Sporo. Mao Zedong, przywódca Chin komunistycznych w latach pięćdziesiątych XX wieku postanowił wytępić wróble, aby nie zjadały ziaren zbóż. Obliczono, że zabicie miliona wróbli pozwoli wykarmić około 60 tysięcy osób. Niestety plan zrealizowano, wypowiadając wróblom wojnę. Nie wiadomo dokładnie , ile milionów ptaków zginęło w tej nierównej walce. Można dziwić się tej kuriozalnej decyzji, ale pamiętajmy, że Chiny wtedy były krajem totalitarnym. Decyzja przywódcy nie podlegała żadnej dyskusji. Przy represyjności tego systemu i groźbie kar, miliony Chińczyków bez szemrania zabijało wróble.

Mimo tego ryżowe i pszeniczne plony okazały się jeszcze mniejsze. Rozmnożyły się bowiem owady zjadane do tej pory przez te ptaki. Plan zarzucono.

Nie przeszkadzało to jednak władzom Chin prowadzić innych eksperymentów w rodzaju „rewolucji kulturalnej”, która wbrew nazwie nie oznaczała przemian w kulturze, ale jej zniszczenie. Ale to temat na inny artykuł.


Uczestników tego sejmiku nie jest tylu, co naszych posłów, ale być może niektórzy pracują w komisjach.

Gromady wróbli, jak te powyżej, siedzące na gałęziach, „rozprawiające” głośno i chaotycznie, nieodparcie kojarzą mi się z sejmikami w dawnej Polsce. Uczestnicy tych obrad -  gadatliwi, stroszący piórka, wypinający pierś  - tak naprawdę nie mieli wiele do powiedzenia. Gardłowali i machali szabelką - tak właśnie często wyglądały sejmiki ziemskie w czasach  saskich.  Królowało wtedy przekonanie o wyjątkowej roli polskiej szlachty i jej znamienitemu pochodzeniu od ludu Sarmatów. Szlachcic-Sarmata był megalomanem, ksenofobem i często nieukiem. Nie uważam, żeby ptaki miały te wszystkie cechy, ale czasami ich działania są bardzo chaotyczne, podszyte niepewnością i strachem. Wystarczy jakikolwiek hałas, poruszenie, uczucie zagrożenia, rozlatują się we wszystkie strony. Panowie szlachta na sejmikach często nie podejmowali żadnej konkretnej decyzji. W obawie o utratę swojej pozycji krzyczeli liberum veto i …rozjeżdżali się do domów. 

Frrr i po obradach.

Sejmik szlachecki, może relacyjny?

Sejmik kapturowy - ktoś w końcu musi pilnować porządku w czasie interregnum.

Stół do tenisa to stołówka wróbli. Inni wolą domek z arkadami.

Sójka
Ta sójka rzeczywiście nie wybrała się za morze. 

Tłuszczowe kule i słoninka-mniam.

Dla każdego coś dobrego. Sikorka wpatruje się w słoninkę jak sroka w gnat, a kowalik z pomarańczowym brzuszkiem woli tłuściutkie ziarna słonecznika.

Eleganckie sroki wychodzą z założenia, że lepsza psia miska niż kolejka do karmnika.

Niektórym sójkom trafiło się indywidualne menu jak ślepej kurze ziarno.

Daj sójce wierzbę to na czubku siędzie.

Gniazda. Opuszczone rok temu czekają na nowych mieszkańców. Już niedługo.

Opuszczone gniazdo wśród gałęzi "Robinii akacjowej" latem pięknie kwitnącej na różowo.

Niegościnne kolce berberysu strzegą wiosną dostępu do piskląt.

Niedługo zamiast czapy śniegu będą kolorowe  "ptasie kraszanki" sikorek.




A potem.....



Całość cudu ptasich narodzin na stronie