Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogród. Pokaż wszystkie posty

27 lipca 2021

Makowa panienka



 

Może niektórzy z Was pamiętają „Makową panienkę”, serial animowany produkcji czechosłowackiej emitowany w latach siedemdziesiątych? Głównymi bohaterami serialu byli: tytułowa Makowa Panienka oraz jej towarzysz Motyl Emanuel. Żyli na makowej polanie i, jak to w dobranockach, było miło i kolorowo.

Jako historykowi maki kojarzyć mi się powinny całkiem inaczej. Ale może dość mam (na razie) historycznych dywagacji. Zostawmy więc Monte Cassino i polską martyrologię w spokoju i poszukajmy innych inspiracji. Kulturowych, obyczajowych... "Makowa panienka" to dobranocka z mojego dzieciństwa. Nie pamiętam zakończenia serii, a może go po prostu nie było i żadnej pointy się nie doczekaliśmy? Ale zapewne, jak to w bajkach bywa, bohaterowie żyli długo i szczęśliwie. Niestety w naturze życie "makowych panienek", a także motyli, niezależnie jak mają na imię, nie trwa długo. Maki kwitną tylko kilka dni i kończą swój eteryczny żywot. Jednak już w formie owłosionego pączka budzą moje fotograficzne ambicje.


Mak polny, bohater tego artykułu, jest tak naprawdę chwastem. Pełnym uroku i gracji, ale jednak chwastem.



Nie należy go mylić z  zakazanym w Polsce makiem lekarskim, ani też okazałym makiem wschodnim. Moje maki to jednoroczne piękności. Dwa lata temu wysiewając mieszankę nasion maków polnych nie miałam świadomości (główka jak makówka), że muszę ich bardzo pilnować, aby "siedziały" w jednym miejscu i nie panoszyły się w po całym ogrodzie. No cóż, siała baba mak, nie wiedziała jak... Myślę, że mój mąż też nie wiedział. Teraz maki pojawiają się u nas w różnych i niespodziewanych miejscach ogrodu.



Gdy następuje czas rozkwitu i lekko prześwituje makowe wnętrze, budzi to moje "krwiste" skojarzenia. W końcu "Czerwone maki na Monte Cassini w polskiej kąpały się krwi". A miało nie być historii???

Mak - kwiat delikatny, pełen wdzięku i kruchości. Ale to jedna strona makowej osobowości. Tak naprawdę to twarda z niego sztuka. Nasiona zachowują zdolność kiełkowania przez trzydzieści, czterdzieści lat. Czy ta kruchość to pozór i kamuflaż?


Czym ja jestem? Drapieżnikiem? Maskuje swoje zapędy pod piękną suknią, ale tak naprawdę to jestem jak modliszka zaprogramowana na zniszczenie. Czy mam jakiś ukryty zamiar? Czy dano mi licencje na zabijanie?

To zdjęcie wywołało we mnie takie właśnie skojarzenia. Nie wzięły się one znikąd.  Powodem było opowiadanie Stanisława Lema „Maska”. Przyznam, że opowiadanie i recenzja spektaklu na jego podstawie, napisana przez Beatę Baczyńską, zrobiły na mnie duże wrażenie i nie mogłam dłuższy czas oprzeć się skojarzeniom wynikającym z lektury.

Makowa sukienka, ta klasyczna, czerwona jest też źródłem inspiracji dla artystów i projektantów mody. Mak stał się m.in. symbolem  perfum Kenzo.


Mak polny (Papaver rhoeas) w pełnej okazałości. Ten najbardziej klasyczny, bo w czerwonej sukience. Znany nam z całych  łanów przy drogach i na polach mijanych w czasie letnich wędrówek.

Wbrew swej kruchości, maki są bardzo odporne na wszelkie niesprzyjające warunki: temperaturę, brak wody. Nie mają praktycznie żadnych wymagań, nie musimy ich nawozić, ani pielęgnować. Radzą sobie same.

Potrafią przetrwać wszędzie, dostosowują się do warunków i maja niesamowitą siłę witalną. Mak, patrząc na cechy makowego charakteru,  jest kobietą, choć wyraz mak, co dziwne, jest rzeczownikiem rodzaju męskiego.



Skoro mak jest kobietą, przypatrzmy się jego/jej kreacjom. Nie tylko czerwień, ale biel, rożne odcienie różu. Mak lubi się stroić w różne barwy.



Makowa elegantka nie zawsze ma czas i ochotę zadbać o idealny wygląd, dlatego też czasem występuje w pogniecionej sukience.



Urok tego kwiatu powoduje, że ma wielu adoratorów. Przyciąga do siebie urokliwym powabem barw i smakowitym pyłkiem. Bywa więc podszczypywany przez owady, które krążą wokół kwiatu, by potem na chwilę na niego przysiąść.





Ale już po kilku dniach...


Już suknia nie taka, kolory wyblakły, energia życiowa się wyczerpuje. Starość.

A potem to już tylko powolny upadek, pochylanie się na słabnącej łodyżce i idealny przedtem kwiat "sięga bruku". No może bardziej ścieżki w moim ogrodzie.






Gdy płatki odpadną wyłaniają się makowe główki-makówki, które przez kilka tygodni przybierają najpierw barwę zieloną, potem szarzeją i obsychają. Ziarna maku grzechoczą w czasie potrząsania. Wtedy też wylatują z nich ziarna, aby znaleźć miejsce osiedlenia się na przyszły rok. Cykl rozwojowy zamyka się.


Makówki zawierają ziarna maku, ale to nie z takich produkuje się opioidy i to nie one wywołały w XIX wieku wojny opiumowe (znowu wychodzi ze mnie belfer).

Owocem maku jest torebka wielonasienna, tzw. makówka. Pełno w niej ziarenek, które tworzą chaotyczną całość i nie kojarzącą się z wnikliwym umysłem. Niektórzy wręcz mają jakieś "ale" do tej makówki i poczynają sobie wręcz agresywnie. Pamiętacie cytat  „Hej! Gerwazy! daj gwintówkę! niechaj strącę tę makówkę!”

Dawno, dawno temu Kasia Sobczyk śpiewała pewna piosenkę z towarzyszącym jej zespołem "Czerwono - Czarni".

 

"W ten dzień przyniósł jej cztery maki

Jak płomień zachód słońca smutku cień i jak łzy

Gdy kwitną wciąż to kocha ją

Kiedy zwiędną już nie będzie więcej kochał jej..."

 

Posłuchać tej piosenki i obejrzeć makowe wizualizacje możecie  poniżej.

Artykuł ten poświęcam mojemu mężowi, który od dawien dawna śpiewa bardzo często fragment tej piosenki. Mam jednak nadzieję, że jego uczucie nie znikło wraz z przekwitniętym kwiatem maku. W końcu jesteśmy już razem 35 lat! Chyba dobraliśmy się  jak w korcu maku.

Dodatkowo mój mąż jest fanem makowca, lubi ciszę jak makiem zasiał, a  w ping-ponga lub brydża zdarza mu się rozbić przeciwników w drobny mak.

 

Makowe eksperymenty fotograficzne - muszą być.

Mam nadzieję, że moja główka nigdy nie będzie jak makówka, a ten artykuł jest czytelny, bo nie pisałam go drobnym maczkiem.

Na koniec dla Was figa z makiem, a tak naprawdę to FIGA z makami.






































03 kwietnia 2021

Ogród z jajem



Temat bardzo poważny, toć jajko to symbol życia i odradzania się. We wszystkich znanych nam mitologiach i kosmogoniach jajo występuje jako jeden z ważniejszych symboli.

Już starożytni Rzymianie zaczynali wszystko ab ovo, czyli od jajka. Z tego wniosek, że nie mieli oni żadnych wątpliwości, co było pierwsze: jajko czy kura. A my ciągle mamy ten dylemat.

Skąd powiedzenie ab ovo? Otóż starożytni Rzymianie zaczynali ucztę od podawania jajek. Zwrot ten używali więc w znaczeniu „od samego początku”. A na czym kończyli swoje biesiady? Według tradycji „ad mala” , czyli na jabłkach. O ile dotrwali do końca suto zakrapianej, dziś byśmy powiedzieli, libacji. Jednak dla starożytnych, szczególnie Greków i Rzymian, libacja nie była tym, czym jest dla nas obecnie. Była ważnym religijnym  rytuałem i polegała na wylewaniu na ziemie płynów, aby oddać ofiarę bogom. Tyle dygresji historycznych. Nie będziemy snuć dziś rozważań na temat symboliki jajka w kulturze i źródeł „jajecznej tradycji”. Nie będziemy też przytaczać encyklopedycznych faktów na ten temat. W końcu „jajko jakie jest, każdy widzi”.

Będzie za to cykl zdjęć z mojego ogrodu, w którym pojawiły się wielkanocne jaja.  Nadały ogrodowi kolorytu i świątecznej atmosfery. Zobaczycie różne jaja, ceramiczne  i drewniane, w towarzystwie nielicznych na razie roślin. Ciekawostką dla niektórych mogą być jaja na brzozie. Wnikliwi obserwatorzy będą mogli zaobserwować także odbite w lustrzanej powierzchni fragmenty ogrodu, a nawet samego fotografa.

Jeśli jaja poczuły się obrażone, to je bardzo serdecznie przepraszam, że zrobiłam sobie z nich żarty.

 Miłego oglądania.

Wielkanoc w ogrodzie

Wielkanoc w ogrodzie






















 

27 marca 2021

Ptasia sesja zimą


Ptasia sesja

Zima 2020/2021. Mroźna i śnieżna. Biały puch przykrył brud i szarość. Ale też schował pod swoją powłoką pokarm dla zwierząt, ograniczył dostęp do życiodajnych nasion, owoców i liści. Także tłuste larwy były trudno dostępne. Temperatura -20 C nie sprzyja przetrwaniu. 

To trudny okres dla przyrody. W taki czas trzeba pomagać... skrzydlatym braciom.

Namnożyło się nam tego towarzystwa. Pokarm rozsypany w kilku miejscach ogrodu zwabił ptasie gromady. Gwarne „sejmiki” na gałęziach dławisza towarzyszyły nam co dzień. Wróble-mazurki szczególnie upodobały sobie posiłki podane na stole... do tenisa.  Przylatywały jeden po drugim, a zaniepokojone hałasem lub nagłym ruchem-odlatywały gromadnie. 

Ciekawe zjawisko.

Fantazyjnie poplątane gałęzie dławisza są miejscem zbiórki szczególnie dla wróbli - mazurków.

Wróbel, ot taki zwykły, pospolity ptak naszego najbliższego otoczenia. Bohater powiedzeń, symbol przeciętności i szarości. A tu zaskoczenie: wróbel wróblowi nie równy. To co widzimy na zdjęciach, powyżej i poniżej, to nie zwykły miastowy wróbel, ale MAZUREK, czyli rodzaj wróbla polnego, zamieszkującego wsie i okolice podmiejskie. W końcu mieszkam przy ulicy Polnej, a nazwa zobowiązuje.

Mazurki, czyli wróble polne, mimo, że są odrobinę mniejsze od wróbli zwyczajnych, są z nimi często mylone. A wystarczy przez chwilę im się przyjrzeć, aby je rozpoznać.

Czym w takim razie mazurki różnią się od swoich „mieszczańskich” braci? Gdy raz zobaczymy tę różnicę, to mazurka rozpoznamy już zawsze. Policzek ma bowiem biały z czarną, dobrze widoczną plamką pośrodku. Wróbel zwyczajny ma całkowicie szary policzek. I tyle w kwestii wyższości wróbla polnego nad „miastowym”. W końcu każda sroczka swój ogonek chwali.


Wici rozesłane - szwedzki stół gotowy. 
 Mazurki - uczta na stole...do tenisa.


Czy temat tego postu ma coś wspólnego z historią? Wydawałoby się, że nic. A tu niespodzianka. Może jednak istnieje problem "wróbel a sprawa polska"?  Takiego nie znam, ale mam pewną historyczno-ekologiczną dygresję: nie wolno radykalnie i bezkarnie  ingerować w przyrodę, o czym boleśnie przekonujemy się i przekonywać będziemy. Co to ma wspólnego z naszymi wróblami? Sporo. Mao Zedong, przywódca Chin komunistycznych w latach pięćdziesiątych XX wieku postanowił wytępić wróble, aby nie zjadały ziaren zbóż. Obliczono, że zabicie miliona wróbli pozwoli wykarmić około 60 tysięcy osób. Niestety plan zrealizowano, wypowiadając wróblom wojnę. Nie wiadomo dokładnie , ile milionów ptaków zginęło w tej nierównej walce. Można dziwić się tej kuriozalnej decyzji, ale pamiętajmy, że Chiny wtedy były krajem totalitarnym. Decyzja przywódcy nie podlegała żadnej dyskusji. Przy represyjności tego systemu i groźbie kar, miliony Chińczyków bez szemrania zabijało wróble.

Mimo tego ryżowe i pszeniczne plony okazały się jeszcze mniejsze. Rozmnożyły się bowiem owady zjadane do tej pory przez te ptaki. Plan zarzucono.

Nie przeszkadzało to jednak władzom Chin prowadzić innych eksperymentów w rodzaju „rewolucji kulturalnej”, która wbrew nazwie nie oznaczała przemian w kulturze, ale jej zniszczenie. Ale to temat na inny artykuł.


Uczestników tego sejmiku nie jest tylu, co naszych posłów, ale być może niektórzy pracują w komisjach.

Gromady wróbli, jak te powyżej, siedzące na gałęziach, „rozprawiające” głośno i chaotycznie, nieodparcie kojarzą mi się z sejmikami w dawnej Polsce. Uczestnicy tych obrad -  gadatliwi, stroszący piórka, wypinający pierś  - tak naprawdę nie mieli wiele do powiedzenia. Gardłowali i machali szabelką - tak właśnie często wyglądały sejmiki ziemskie w czasach  saskich.  Królowało wtedy przekonanie o wyjątkowej roli polskiej szlachty i jej znamienitemu pochodzeniu od ludu Sarmatów. Szlachcic-Sarmata był megalomanem, ksenofobem i często nieukiem. Nie uważam, żeby ptaki miały te wszystkie cechy, ale czasami ich działania są bardzo chaotyczne, podszyte niepewnością i strachem. Wystarczy jakikolwiek hałas, poruszenie, uczucie zagrożenia, rozlatują się we wszystkie strony. Panowie szlachta na sejmikach często nie podejmowali żadnej konkretnej decyzji. W obawie o utratę swojej pozycji krzyczeli liberum veto i …rozjeżdżali się do domów. 

Frrr i po obradach.

Sejmik szlachecki, może relacyjny?

Sejmik kapturowy - ktoś w końcu musi pilnować porządku w czasie interregnum.

Stół do tenisa to stołówka wróbli. Inni wolą domek z arkadami.

Sójka
Ta sójka rzeczywiście nie wybrała się za morze. 

Tłuszczowe kule i słoninka-mniam.

Dla każdego coś dobrego. Sikorka wpatruje się w słoninkę jak sroka w gnat, a kowalik z pomarańczowym brzuszkiem woli tłuściutkie ziarna słonecznika.

Eleganckie sroki wychodzą z założenia, że lepsza psia miska niż kolejka do karmnika.

Niektórym sójkom trafiło się indywidualne menu jak ślepej kurze ziarno.

Daj sójce wierzbę to na czubku siędzie.

Gniazda. Opuszczone rok temu czekają na nowych mieszkańców. Już niedługo.

Opuszczone gniazdo wśród gałęzi "Robinii akacjowej" latem pięknie kwitnącej na różowo.

Niegościnne kolce berberysu strzegą wiosną dostępu do piskląt.

Niedługo zamiast czapy śniegu będą kolorowe  "ptasie kraszanki" sikorek.




A potem.....



Całość cudu ptasich narodzin na stronie